Zainteresowanie emigracją zarobkową nie słabnie od czasów naszych
dziadków. Jednak pod koniec lat dziewięćdziesiątych socjologowie przez
krótki okres wróżyli, że wyjazdy zarobkowe z Polski mają się ku
końcowi. Im bardziej nasz kraj równał do poziomu cen i zarobków
europejskich, tym mniej miały być opłacalne. Był taki okres, kiedy –
według badań socjologicznych – Polacy nie uważali zachodu Europy za
mlekiem i miodem płynącą krainę, a wyjazd przestał być elementem ich
życiowych planów. Jednak kiedy bezrobocie w kraju osiągnęło 19 procent,
a Polska dołączyła do Unii Europejskiej, trend emigracji zarobkowej
wyraźnie się nasilił. Jak wynika z danych opublikowanych w kwietniu
2005 roku przez Centrum Badania Opinii Społecznej, tendencja do
szukania pracy za granicą obecna jest głównie wśród młodych Polaków. 24
procent respondentów rozważało takie rozwiązanie, a 16 procent z nich
już się zdecydowało na wyjazd. Około 15 procent ankietowanych miało w
najbliższej rodzinie kogoś, kto po maju 2004 wyjechał do pracy w Unii.
Pracy za granicą szuka dwa razy więcej mężczyzn niż kobiet. 37 procent
osób planujących wyjazd chce spędzić za granicą nie więcej niż rok, 14
procent jest zdecydowanych wyjechać na stałe. Ze statystyk wynika, że
najbardziej zdecydowani na wyjazd są ludzie młodzi i wykształceni,
którzy w Polsce mają trudności ze znalezieniem pracy w wyuczonym
zawodzie lub nie zadowala ich niska pensja. Do młodych i wykształconych
dołączają rzesze bezrobotnych oraz spora grupa fachowców, którzy na
różnicy w cenach usług chcą błyskawicznie zbić fortunę. Oczywiście są
też osoby, które wyjeżdżają z innych powodów – osobistych,
politycznych, prywatnych. Ale ci nie będą przedmiotem naszych rozważań.

Porównania, które przeprowadzimy, będą siłą rzeczy bardzo uproszczone.
Różne są ceny mieszkań, artykułów spożywczych i innych produktów w
Polsce i Wielkiej Brytanii, a stosowanie przelicznika 1:5 coraz
częściej się nie sprawdza. Na stacji benzynowej różnicy w cenach prawie
nie ma, podobnie jest w sklepie z artykułami AGD i RTV. Polak wydaje na
taką samą nową lodówkę trzy pensje minimalne, Brytyjczyk – jedną
trzecią. Różne są skale podatkowe w obu krajach, co również utrudnia
porównania. Wreszcie rozpiętość zarobków – ta też jest spora. Wszystkie
te czynniki sprawiają, że porównania, jeśli nie dysponuje się
skomplikowanym aparatem matematyczno-socjologicznym, można
przeprowadzić jedynie „na chłopski rozum”. Spróbujmy więc tego sposobu.
Bieda biedzie nierówna
Najniższa pensja w Polsce wynosi 890 zł. brutto, czyli około 640 zł.
netto. Najwyższy zasiłek dla bezrobotnych to 522 zł. Minimalna płaca w
Wielkiej Brytanii to ₤5,05 za godzinę, co przy ośmiogodzinnym dniu
pracy daje ₤808 brutto miesięcznie, czyli średnio ₤701 netto. Od takiej
płacy zaczynają Polacy podejmujący się prostych prac na Wyspach –
sprzątania, remontów, kelnerowania czy obsługi klienta w sklepie.
A może w dalszych rozważaniach zrezygnować z przeliczania funtów na
złotówki i przyjąć stosunek 1:1? Wtedy pensje minimalne w kraju i na
emigracji okażą się zbliżone. Taki przelicznik będzie niewątpliwie
odpowiedni dla osób, które planują zostać na Wyspach na dłużej lub na
stałe i chcą tu „normalnie” żyć.
Zacznijmy od wynajęcia mieszkania lub pokoju – to największa pozycja w
budżecie zarówno Polaka, który został w kraju, jak i emigranta.
Załóżmy, że jednemu i drugiemu udało się znaleźć lokum za 300 zł. lub
funtów miesięcznie, razem z opłatami. W stolicy jednego i drugiego
kraju graniczy to z cudem, ale w mniejszych miastach jest to możliwe.
Polakowi w Warszawie zostaje w kieszeni 340 zł., jego rodakowi za
granicą ₤400. Codzienne śniadaniowe zakupy w sklepie spożywczym: bułka,
masło, mleko, serek wiejski to wydatek ok. 6,50 zł i ₤3 w Wielkiej
Brytanii. Na obiad makaron z sosem ze słoika – 5 zł lub ₤5. Polak w
kraju już przekroczył budżet, bo 340 zł. podzielone na 30 dni w
miesiącu daje zaledwie 11 zł na dzień. Polakowi w Wielkiej Brytanii
zostało jeszcze ₤5,3 do wydania na kolację. W obu przypadkach trudno
mówić o normalnym życiu, zarówno Polak zarabiający najniższą krajową
stawkę w Polsce, jak i jego rodak na Wyspach musi kombinować – dzielić
pokój z kolegą, wyszukiwać najtańsze oferty i promocje w sklepach
spożywczych, rezygnować z przyjemności i pozwalać sobie na zakup tylko
najpotrzebniejszych rzeczy. Różnica między nimi jest taka, że pracownik
mieszkający w Wielkiej Brytanii może liczyć na podwyżkę, jeśli będzie
sumiennie i uczciwie pracował. Może też dorobić po godzinach lub w
weekendy. Może poszukać lepszej pracy, kiedy podszlifuje język i
umiejętności. Jednym słowem, ma widoki na przyszłość. Pracownik
zarabiający najniższą krajową w Polsce może mówić o szczęściu, bo w
ogóle ma pracę. Jeśli uda mu się ją utrzymać, będzie sukces. Wnioski są
oczywiste. Osobom, które nie mają pracy lub zarabiają bardzo mało w
Polsce, bez widoków na poprawę sytuacji w przyszłości, emigracja
niewątpliwie się opłaca.
A co z tymi, którzy przyjechali na Wyspy zarobić jak najwięcej w jak
najkrótszym czasie i planują szybko wracać do kraju? Będą oni
przeliczać każdego wydanego funta na złotówki i zastanawiać się, czy
wydać kolejne 3,5 zł. na bochenek chleba. Znajdą najtańszy pokój w
mieście i będą go dzielić z czwórką innych Polaków, którzy chcą odłożyć
trochę grosza i wrócić do zostawionych w kraju rodzin. Im minimalna
brytyjska pensja będzie wydawać się olbrzymia – w końcu to 4200 zł na
rękę. Po roku największych wyrzeczeń, na jakie ich stać wrócą do Polski
i za zaoszczędzone pieniądze kupią mieszkania, a może założą własne
firmy? Oczywiście, jeśli wcześniej nie dobierze im się do skóry polski
fiskus. Nie można zapominać, że wciąż obowiązuje polsko-brytyjska umowa
o unikaniu podwójnego opodatkowania, na mocy której zarobione za
granicą pieniądze trzeba rozliczyć w kraju. Zwykle na rozliczeniu
ciężko pracujący przez cały rok Polacy wychodzą jak Zabłocki na mydle.
I ich czasowa emigracja przestaje się tak bardzo opłacać.
Konieczność czy alternatywa?
Profesjonaliści to zupełnie inna kategoria emigrantów. Czasem – jak
lekarze czy nauczyciele – wyjechali, bo w Polsce nie mogli liczyć na
zarobki godne ich wykształcenia. Niektórzy wyemigrowali za bardziej
atrakcyjną, ciekawszą pracą, innych przyciągnęła możliwość zrobienia
międzynarodowej kariery. Zarabiają dużo powyżej minimalnej, a nawet
średniej krajowej. Świetnie wykształceni i doświadczeni polscy
prawnicy, audytorzy, informatycy czy inżynierowie nie muszą szukać
pracy na Zachodzie, headhunterzy sami ich znajdują i składają kuszące
oferty. Jednak w Polsce specjaliści pracujący w prywatnym od kilku lat
sektorze też nie mogą narzekać na zarobki. W pierwszej kolejności
wyjadą więc absolwenci i osoby o profesjach słabo w Polsce opłacanych,
czego sztandarowym przykładem są lekarze. Im emigracja się opłaca –
oprócz godziwej pensji będą mieli też szansę realizować się zawodowo i
rozwijać. Dopiero w drugiej fazie wyjadą ci z profesjonalistów i
fachowców, którym kalkulacja wykaże, że wynajmowanie domu lub wygodnego
mieszkania w Londynie, opłacenie prywatnej szkoły dla dziecka i
pokrycie kosztów życia na odpowiednim poziomie jest możliwe, a w
kieszeni zostanie im więcej, niż zarabiali w Polsce. Coraz częściej
musi zostawać sporo, bo oprócz codziennych kosztów życia po stronie
strat związanych z przeprowadzką za granicę osoby, które nie muszą w
Polsce walczyć o byt stawiają oddalenie od rodziny i przyjaciół oraz
ulubionych miejsc. Według szwajcarskiej firmy UBS, która w raporcie
„Prices and Earnings” zamieściła analizę porównawczą zarobków różnych
profesji na świecie, inżynierowie z pięcioletnim doświadczeniem mogą
liczyć w Polsce na uposażenie 11,3 tysięcy dolarów rocznie, w Wielkiej
Brytanii – na 40,8 tysięcy dolarów. Dobrze wykształcona sekretarka po
pięciu latach pracy dostanie w Warszawie 7,3 tysiąca dolarów na rok, w
Londynie – 32,1 tysiąca. Czy różnica jest w stanie wynagrodzić dysonans
pomiędzy cenami nieruchomości i inne koszty? Odpowiedź na to pytanie
nie jest łatwa. Czy emigracja się opłaca wysokiej klasy fachowcom? To
pytanie może mieć tyle odpowiedzi, ilu będzie respondentów.
Hamburger na indeksie
Szwajcarzy z UBS przeprowadzili jeszcze jedną obrazową analizę. Otóż
pomysłowi naukowcy postanowili zastąpić pieniądze... hamburgerami.
Wystarczy rzucić okiem na indeks Big Maca, by od razu wiedzieć, jak
komu się powodzi. Odpowiada on bowiem na pytanie, jak długo trzeba
pracować, żeby zarobić na hamburgera. Przy ustalaniu indeksu bierze się
pod uwagę przeciętną płac z 13 zawodów po opodatkowaniu. Wielka
Brytania plasuje się na samym szczycie europejskiej piramidy, zaraz po
Irlandii i Niemczech. Na Big Maca trzeba pracować na Wyspach 16 minut.
Przeciętnego Polaka stać na hamburgera dopiero po 44 minutach pracy.
Czemu więc nie odwrócić fortuny i nie zamienić trzech kwadransów na
jeden? Na to pytanie odpowiedziały już setki tysięcy pracujących w
Wielkiej Brytanii Polaków. Im emigracja się opłaca.
Źródło: www.goniec.com
Zacytuj ten artykuł na Twojej stronie | E-mail
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść wpisów
Wszystkie komentarze są wyłączną własnością ich autorów