two4date.co.uk
Southampton Live - Spadłem do lumpenproletariatu PDF Drukuj E-mail
Autor: Przemysław Wilczyński   
Friday, 25 August 2006
Spis treści
Southampton Live - Spadłem do lumpenproletariatu
Strona 2
Strona 3



Z dyplomami wyższych uczelni przy fabrycznych taśmach:

Młodzi emigranci w Southampton, brytyjskim mieście typowo polskim.

Artur musi o siebie dbać. Za wszelką cenę. Niby ma dobre zdrowie, ale przecież nie na zawsze. Ma za sobą trzysta nieprzespanych nocy. Piątkowy wieczór. Artur – 35-latek o twarzy znudzonego dziecka – właśnie wstał. Czyta w Onecie artykuł o zbawiennym wpływie arbuzów na organizm ludzki. Arbuzy mogą wiele. Zawierają liczne karotenoidy, zwłaszcza likopen, związek mogący zapobiegać chorobom serca i niektórym nowotworom.

Arbuzy to jedyny pokarm Artura od dwóch tygodni. Miałem jedną wpadkę – przyznaje niechętnie – ale niegroźną: musli i jakieś owoce.

Artur skończył kurs Silvy, samokontroli umysłu. – Kluczowy jest stan beta – przekonuje. W stanie beta łatwo kontrolować myśli i pragnienia. Artur do stanu beta doprowadza się słuchając Bacha i Straussa. W stanie beta dokonuje wizualizacji celów: najnowszy Aston Martin V8 i własna firma komputerowa.

Piotr (rocznik 1977), kolega Artura, mieszka razem z Magdą (rocznik 1979) dwa piętra niżej. Ma dopiero 150 nieprzespanych nocy. Śpi od rana do popołudnia. Około 20 znowu do łóżka. Jak nie zaśnie, pomoże sobie piwem. Wstanie przed 22. Wstać musi, więc sięgnie po napoje energetyczne z kofeiną. Budzi się zmęczony, zlany potem.

Kryzys przychodzi o drugiej w nocy. – Jeśli po południu oszczędzałem się jak staruszek, kryzys nie jest dotkliwy. Jeśli żyłem normalnie, jest dramat. Wpadam w trans. Ręce coś robią mechanicznie, a mózg się wyłącza, jak po narkotykach.

Dwa razy był bliski zasłabnięcia. Wtedy musiał zrobić sobie przerwę, a na drugi dzień brać offa. Ostrzeżenie na piśmie: Jeszcze jeden taki off z pańskiej strony i się pożegnamy.

– Jesteśmy współczesnymi Sybirakami. No, może nie do końca – reflektuje się. – My mamy wybór.


Miasto

ImageSouthampton to miasto bez wielkiego uroku. Monotonna angielska architektura załamuje się w centrum, gdzie zachowały się fragmenty średniowiecznych murów. W nocy słychać wrzaski wielkich białych mew i syreny ostrzegawcze liniowców wpływających do głównego brytyjskiego portu pasażerskiego.

Blisko centrum monstrualny betonowy most – Itchen Bridge, kilka prób samobójczych w miesiącu. W nocy z perspektywy mostu brzydkie przemysłowe miasto zamienia się w wielką dolinę z tysiącami świateł migoczących wzdłuż linii brzegowej.

Na moście, co kilkaset metrów, tabliczka z prośbą do samobójców: zanim skoczysz, zadzwoń do „Samaritans". Pod spodem numer telefonu.

Miasto – z rozbudowanym przemysłem stoczniowym i samochodowym – od lat ściąga imigrantów. Na ulicach czarnoskórzy i, jak w wielu brytyjskich miastach, Hindusi. Polacy są mniej widoczni – na pierwszy rzut oka zlewają się z białymi Brytyjczykami. Nikt by nie pomyślał, że co dziesiąty mieszkaniec tego ponad dwustutysięcznego miasta to Polak.

Jan Kośniowski mieszka w Southampton od 1947 r. Podczas wojny rodzice trafili do Austrii na roboty przymusowe. Po wojnie dostali się do Anglii. – W sumie w Southampton znalazło się kilka tysięcy Polaków – ocenia. – Przez ponad 50 lat niewiele się zmieniło.

Po wejściu do Unii napływ Polaków był tak duży, że Kośniowski postanowił założyć dla nich agencję pracy. Trzech na czterech jego klientów to ludzie przed trzydziestką.

– Kolosalna zmiana – tak oblicze miasta po rozszerzeniu Unii ocenia ks. Krzysztof Kościółek, członek Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. – Na niedzielnej Mszy są tłumy. Wokół parafii kręci się od 4 do 5 tysięcy Polaków.
 

W mózgu próżnia doskonała

Piotr boi się początku tygodnia, nocy z niedzieli na poniedziałek. Wtedy zaczynają się myśli, odżywają frustracje. Czy to ma sens? A może wracać?

Z Arturem wychodzą z domu o 21.50. Idą przez osiedle, most samobójców, do miejsca, z którego zabiera ich samochód. Fabryka jest w Petersfield, niecałą godzinę od Southampton. Pracę zaczynają o 23. O siódmej, kiedy Piotr skończy pracę, Magda będzie już przy taśmie (czasami mijają się przy wejściu). Kiedy Magda zacznie drugą godzinę pracy, Piotr pójdzie spać. Wstanie przed 16, obudzony przez Magdę. Razem spędzą ponad pięć godzin, do 21.50.

Piotr pracuje na taśmie. – Pojemniki jadą z szybkością 40 na minutę – opowiada. – Jeśli jest sześć osób, każdy bierze co szósty i błyskawicznie wykonuje swoją czynność, np. pakuje kremy lub przykleja nalepki. Ma na to kilka sekund. Tak przez ponad trzy godziny, do przerwy.

– Najbardziej boimy się „pile-upów". Pile up – słowo mityczne. Jeśli weźmiesz co piąty krem zamiast co szósty – nie ma tragedii. Ale jeśli sięgniesz po siódmy – robi się pile up (zbierają się niedoróbki). Przychodzi supervisor i wrzeszczy. Zawsze na nas, nigdy na Anglików.

Fabryka dzieli się na zony. – Artur jest na fragransach, Magda na kremach, ja na lotionach – opowiada. – Wszyscy mamy gumowe rękawice, czapkę, okulary i kostium. Pocimy się w tym po kilku minutach. Klimatyzacji nie ma, bo oszczędzają.

– Najważniejsza jest efficiency. Jak nie ma dużej efficiency, jest duża wściekłość. Ciągle podglądają, sprawdzają, eksperymentują. Np. w miejscu, w którym dotąd było 30 osób, zostawiają 26 i sprawdzają, czy damy radę.

– Pierwszy lepszy kremik naszej firmy jest więcej wart niż nasza praca. Jesteśmy robotami za tysiąc funtów miesięcznie. W miejsce mózgu próżnia doskonała.


Image


Pani Luksus

Piotr pokazuje grudniową „Vivę". Na okładce Krzysztof Ibisz i jego półnaga żona. W środku artykuł „Imperium piękna" – historia powstania kosmetycznego imperium Estée Lauder: „Estée ma 20 lat (...) kiedy poznaje Josepha Lautera, syna żydowskich imigrantów z Węgier. Pobierają się w styczniu 1930 r. (...) Esty postanawia zmienić nazwisko męża z Lauter na Lauder (...). Po pewnym czasie także swoje imię Esther zastąpi francusko brzmiącym (...) Estée. I to ono pojawi się jako logo na jej pierwszym kremie".

„Pierwsze kremy »gotują« na zwykłej kuchence. Do czterech produktów, wykonanych zgodnie z recepturą wuja: kremu, oliwki do zmywania makijażu, toniku i maseczki, Esty dodaje róż Glow i pomadkę do ust Just Red".

„Dziś logo Estée Lauder widnieje na ponad dwóch tysiącach produktów, koncern zatrudnia 22 tysiące osób, a jego roczne obroty przekraczają pięć miliardów dolarów".

Piotr prowadzi do ekskluzywnego sklepu kosmetycznego w centrum Southampton. Oprowadza jak po galerii: – To tonik z kawałkami złota. A tam Bobby Brown, też to produkujemy, używane przez makijażystów z Hollywood. Krem przeciwzmarszczkowy za 850 funtów. Creme de la mer, niesłychanie delikatny, produkuje się go kilka miesięcy. A tu „platynowy" krem z perłami, opóźnia efekt starzenia – równowartość tysiąca złotych.



 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
NO FILE
PageRank tego serwisu
Polskie randki w UK.Randki dla Polaków w Anglii.Fotki.Flirt.Czat.Filmikipolskie testy na angielskie prawo jazdy w anglii, prawko w uk, testy na prawko po polskupolskie testy na angielskie prawo jazdy w anglii, prawko w uk, testy na angielskie prawko po polsku