O ich „rikszowym” biznesie i nie tylko z Tomaszem Myśką rozmawiała Magdalena GignalRiksze
z logo Traditional Rickshaw widać na całym West Endzie – pod
parlamentem, najlepszymi teatrami i restauracjami. Wygląda na to, że
trafiliście z pomysłem na biznes w dziesiątkę.
Jak to się zaczęło?
Zaczęło się dwa lata temu, kiedy przyjechałem do Londynu, żeby poszukać
tu szczęścia. Chociaż tak naprawdę zaczęło się wiele, wiele lat temu,
kiedy po raz pierwszy moja stopa stanęła na angielskiej ziemi.
Przyjechałem do Londynu na długo przed otwarciem granic, przez pięć lat
jeździłem tu na motorze jako kurier. W 1997 roku wróciłem do Polski.
Przez siedem lat pracowałem w dużych korporacjach na kierowniczych
stanowiskach, zarządzałem nowoczesnymi projektami
logistyczno-handlowymi z wykorzystaniem funkcjonalności platform
interaktywnych. Urządziłem się w Polsce, zbudowałem dom z basenem,
miałem uporządkowane życie, które zaczęło mnie już trochę nudzić. Wtedy
okazało się, że moja firma wycofuje się z polskiego rynku. Stanąłem
przed pytaniem, co dalej?

W Polsce na satysfakcjonującą mnie pracę z odpowiednimi zarobkami nie
było szans. Gdzie miałem szukać szczęścia, jak nie w Londynie? Tu
mieszka moja mama, znam to miasto jak własną kieszeń. Najpierw
planowałem szukać pracy o podobnym charakterze jak ta, którą
wykonywałem w Polsce. Ale potem zdałem sobie sprawę, że kłóci się to z
moim stylem życia. Lubię spać do południa i sam decydować, co i kiedy
powinno być zrobione. Nie chciałem znów wstawać o siódmej rano,
wiecznie spieszyć się na służbowe spotkania i być trybikiem w
korporacyjnej maszynie. Postanowiłem więc rozkręcić coś na własną rękę.
Jak na zawołanie, na party u znajomych spotkałem Bartka, który właśnie
wystartował z pięcioma pierwszymi rikszami sprowadzonymi z Łodzi. Na
początku do propozycji współpracy podszedłem sceptycznie. Ale
przespałem się z tą myślą i już na drugi dzień zadzwoniłem do Bartka.
Tak właśnie się zaczęło.
Z tych pierwszych pięciu riksz w ciągu dwóch lat zrobiło się 44.
Wszystkie sprowadzacie z Polski. Decyduje o tym patriotyzm, doskonała
jakość pojazdów czy raczej względy ekonomiczne?
Riksze, które sprowadzamy z Polski są kilka razy tańsze od tych
produkowanych w Anglii i to jest najprostsza odpowiedź. Ale jakość ma
też znaczenie. Pierwsze zakupione przez Bartka riksze pochodziły z
Łodzi. Ponieważ na pierwszy rzut oka było widać, że nie dotrwają do
następnego sezonu, od razu dokupiłem pięć kolejnych, ale już od
producenta z Gdańska – „Wytwórni Pojazdów Nietypowych”. Dziś podstawowy
trzon naszej floty to 30 riksz własnej produkcji, są bezpieczniejsze i
dostosowane do wymagań lewostronnego ruchu. Nazywamy je „spychaczami”,
bo rzeczywiście przypominają wyglądem prawdziwe spychacze. Wszystko
dlatego, że szeroka kanapa, na której siedzą pasażerowie znajduje się z
przodu, a nie z tyłu pojazdu. To jedyne tego typu riksze w Londynie.
Pasażerowie je lubią – mogą bez przeszkód podziwiać londyńskie widoki.
(„Wytwórnia Pojazdów Nietypowych” wyprodukowała kolejne już według
naszego autorskiego projektu,) W międzyczasie – niestety – zostaliśmy
zmuszeni do zamówienia czterech riksz w łódzkiej wytwórni. Niestety, bo
wciąż poziom techniczny pojazdów pozostawiał wiele do życzenia. Nie
mieliśmy jednak wyjścia – zapotrzebowanie na nasze usługi i ilość
chętnych do pracy była tak duża, że nowe riksze były niezbędne
natychmiast. Riksze z łodzi nazywamy „straganami” – od stożkowatych
daszków. Żeby zacząć się liczyć w tej branży musieliśmy pójść w ilość.
44 riksze to już coś, ale wciąż rozbudowujemy naszą flotę.
Niewątpliwie liczycie się w tej branży. Jak poradziliście sobie z konkurencją?
Na początku inne firmy obawiały się nieczystej konkurencji ze strony
Polaków. Bali się, że będziemy zaniżać ceny i w ten sposób odbierać im
klientów. Ale my nie chcieliśmy zwalczać konkurencji nieczystymi
zagraniami. Postanowiliśmy postawić na jakość usług. Nasze riksze są
dziś najdroższe w Londynie, kilka razy droższe niż taksówki, ale i tak
nie narzekamy na brak klientów. Duża w tym zasługa naszych pracowników
– inteligentnych, dobrze mówiących po angielsku rikszarzy. Nasi chłopcy
i dziewczyny (tak, tak, na rikszach jeżdżą też dwie przedstawicielki
płci pięknej) są w stanie doradzić w sprawie restauracji lub nocnego
klubu, wskazać drogę do zabytków i porozmawiać. W dobrym tonie jest
wyjść wieczorem z teatru i pojechać kilkaset metrów rikszą do
wypasionej knajpy. Często też dowozimy gości na śluby lub obsługujemy
parady. Musieliśmy najpierw trochę powalczyć, żeby wejść w układy na
Soho. Bez tego prowadzenie jakiegokolwiek interesu w tej dzielnicy
byłoby niemożliwe. Dziś firma prosperuje na tyle dobrze, że mogliśmy
pozwolić sobie na wynajęcie dużej bazy kilkaset metrów od Big Bena.
Cóż, większość naszych klientów nie należy do ubogich, zdarza się, że
dają rikszarzom kilkudziesięciofuntowe napiwki.
Napiwki nie zasilają chyba waszych kieszeni? Czy rikszarze muszą się z nich rozliczać?

Rikszarze nie rozliczają się ani z napiwków, ani z zarobionych na
kursach pieniędzy. Nasi pracownicy wypożyczają od nas riksze za ok.
£100 tygodniowo. To, co zarobią, należy do nich. Na początku
próbowaliśmy różnych innych systemów rozliczania, na przykład
jeździliśmy po mieście w przebraniu i sprawdzaliśmy, czy rikszarze nas
nie oszukują, ale to było męczące i nie zdawało egzaminu. System
podnajmowania riksz sprawdza się najlepiej. Nie musimy kontrolować
pracowników, a oni mają poczucie, że pracują dla siebie. Jeśli nie chce
im się pracować, nie zarabiają. Mają ekstra wydatki – wystarczy, że
spędzą w pracy parę godzin więcej. Przejażdżka rikszą po londyńskim
West Endzie kosztuje ok. £5 za milę od osoby. Chociaż trzeba się nieźle
nakręcić, żeby wyjść na swoje, najwyraźniej nasi pracownicy są z
takiego układu zadowoleni, bo na brak chętnych do pracy nie narzekamy.
Może to nie zarobki przyciągają rikszarzy do pracy dla Traditional Rickshaw, ale atmosfera, która panuje w Waszej firmie?
Pewnie coś w tym jest, ale chyba nikt nie spędzałby ośmiu godzin
dziennie na rikszy dla samej atmosfery w pracy? Traktujemy naszych
pracowników po partnersku, a oni chyba dobrze się tu czują. O – właśnie
wrócili z towarzyskiego meczu piłki nożnej. Bartek rozciera siniaki,
pewnie chłopcy skorzystali z okazji, żeby trochę pokopać szefa.
Wyciągają z plecaków puszki z napojami, rozsiadają się na rozstawionych
w kółko rikszach i wcale nie spieszą się do domów. Na co dzień, kiedy
naprawdę trzeba pracować, jest równie sympatycznie. Konflikty właściwie
się nie zdarzają. Myślę, że tajemnica tak dobrze układającej się
współpracy tkwi w... różnicy charakterów. Doskonale się z Bartkiem
uzupełniamy. Ja jestem impulsywny i niecierpliwy. Mój wspólnik ma
anielską cierpliwość i nie sposób go zdenerwować. Może to właśnie jest
recepta na sukces?
Czy Polakom, którzy chcieliby pójść w Twoje ślady doradziłbyś właśnie poszukanie odpowiedniego wspólnika?
Doradziłbym im przede wszystkim, żeby poszukali niszy na rynku. Chociaż
wydaje się, że w Londynie jest już wszystko, zawsze znajdzie się jakaś
dziedzina, która nie została jeszcze obsadzona. To miasto połknie
wszystko, nawet najdziwniejsze, najbardziej zwariowane pomysły.
Londyńczycy nie boją się nowości. Radzę też nie nastawiać się na
początek na działanie globalne. Moim zdaniem szansę na brytyjskim rynku
mają polskie firmy, które produkują rzeczy unikatowe. To jest dobry
kraj do robienia interesów, bo nie trzeba walczyć o klienta tylko ceną.
Wręcz przeciwnie, jeśli coś jest za tanie, staje się podejrzane. To
zupełna opozycja do sytuacji w Polsce, w której olbrzymią karierę robią
„Lidl” i „Biedronka”. Jednak, żeby odnieść sukces, na początek trzeba
zainwestować. Bez kilkunastu tysięcy funtów nie ma co myśleć o
rozkręceniu poważnego interesu. Ale warto zaryzykować, nie wszyscy
Polacy muszą łatać rynny i przykręcać płyty gipsowe, wystarczy wziąć
sprawy w swoje ręce i pamiętać, żeby za wcześnie nie spocząć na laurach.
A czy właściciele Traditional Rickshaw osiągnęli już ten etap, kiedy mogą spocząć na laurach?
Ten etap dla nas chyba nigdy nie nastąpi. Mamy mnóstwo planów na
przyszłość, wystarczyłoby ich dla co najmniej dwóch dobrze
prosperujących firm. Po pierwsze, chcemy zachęcić inne firmy, żeby
reklamowały się za pośrednictwem naszych riksz. Mamy już na etacie
projektanta, który jest w stanie przekształcić rikszę we wszystko, co
sobie klient wymarzy. Teraz szukamy prężnych specjalistów od
pozyskiwania reklamodawców. Planujemy również ruszyć do innych miast
Wielkiej Brytanii i świata. Jedyne ograniczenie to góry – miasto musi
być płaskie. Myślimy o Barcelonie, Amsterdamie, Ameryce. Moim marzeniem
jest wprowadzenie riksz do Las Vegas. Gdyby udało nam się nawiązać
współpracę z kasynami, nie musielibyśmy już nigdy w życiu martwić się o
pieniądze. Na życzenie klienta możemy zrobić riksze nawet ze złota. To
jednak plany na odległą przyszłość. Ta bliższa to olimpiada w Londynie.
Chcemy, żeby nasze riksze zapewniały transport mieszkańcom miasteczka
olimpijskiego. Mamy w planie przedsięwzięcie, którego nie podjął się
jeszcze nikt inny na świecie – latające riksze. Wyglądałoby to tak, że
riksza podjeżdżałaby na peron, podczepiała się do liny i coś w rodzaju
wyciągu krzesełkowego obwoziłoby jej pasażerów, bez konieczności
wysiadania, nad całym miasteczkiem olimpijskim. Mam nadzieję, że uda
nam się zrealizować ten pomysł. W tym kraju wszystko jest możliwe.