Teoretycznie problem 12-procentowego bezrobocia w ich mieście powinien
więc rozwiązać się sam – postanowili zatem wziąć sprawy w swoje ręce.
Zamiast wysyłać wezwania w listach poleconych (większość i tak wracała
jako niedoręczona), urzędnicy dzwonią do „bezrobotnych” na komórkę i
zachęcają do przyjęcia rzekomo atrakcyjnej posady. Jeśli petent nie
jest zainteresowany lub, co gorsza, nie odbiera telefonu, skreślają go
z listy bezrobotnych.
Jeśli więc polski „bezrobotny” zabrał ze sobą do Anglii polską
komórkę, telefony mogą go nękać nawet codziennie. Skąd jednak polski
urząd może wiedzieć, że delikwent jest za granicą? W telefonie słychać
zagraniczny sygnał lub, na domiar złego, po angielsku rozlega się
komunikat, że abonent jest chwilowo nieosiągalny.
Jak przyznaje Iwona Ciszewska z Urzędu Pracy w Głogowie, nikt nie
spodziewał się, że nowy system przyniesie tak spektakularne efekty. Bo
do tej pory mało kto przyznawał się, że nie zależy mu na podjęciu
zatrudnienia. Bezrobotni narzekali na problemy z dojazdem do zakładu
pracy, niedogodne godziny zatrudnienia albo że jest to zajęcie poniżej
ich kwalifikacji.
Najlepszą wymówką było zapewnienie, iż właśnie dostali znakomitą
ofertę i czekają, aż szef potwierdzi przyjęcie do swojej firmy.
Wystarczało, by uwolnić się od nagabywania „pośredniaka”. Przynajmniej
do niedawna, bo teraz urzędnicy nie pozwalają się zbyć.
– Bezrobotni szybko przyznają się, że mają inne zajęcie za granicą
i nie opłaca im się przyjmować naszych ofert. Wykreślamy ich wtedy z
ewidencji – mówi urzędniczka.
I dodaje, że emigrantom chodzi przede wszystkim o opłacanie za
nich składek zdrowotnych w kraju, by mieć darmowy dostęp do służby
zdrowia.
Nierobotni
O tym, jak trudno w Polsce znaleźć człowieka do pracy, może
świadczyć historia przedsiębiorcy z północnej Polski, który od 2006
roku poszukuje sprzedawcy do swojego sklepu. Media w kraju opisują zaś
jego zmagania i bezradność urzędu pracy. A wszystko dzieje się w
miejscowości, gdzie bezrobocie sięga 20 procent.
Dlaczego nikt więc nie chce podjąć się tego zajęcia? Bo musiałby
stać za kasą od szóstej rano, a tego już nie można zaakceptować.
Ludziom wygodniej jest bowiem otrzymywać od urzędu ubezpieczenie, a
samemu poszukać sobie zatrudnienia gdzieś na czarno albo wyjechać za
granicę.
Jednak według Narodowego Funduszu Zdrowia, polskie ubezpieczenie
nie pomoże nam, jeśli podjęliśmy pracę na saksach. Europejska Karta
Ubezpieczenia Zdrowotnego ważna jest bowiem za granicą tylko w czasie
wyjazdu turystycznego lub jeśli wykonujemy tam obowiązki zawodowe dla
polskiego pracodawcy. A o tym i tak dowiedziałby się urząd pracy.
Zacytuj ten artykuł na Twojej stronie |
E-mailRedakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść wpisów
Wszystkie komentarze są wyłączną własnością ich autorów
Mało tego, w przypadku bezrobotnych ubezpieczenie za granicą obejmuje ich leczenie jedynie przez 30 dni od momentu przyjazdu.
Tymczasem, według Głównego Urzędu Statystycznego, bezrobocie w
Polsce spadło już do historycznego pułapu 9,4 procenta. Szacuje się, że
przynajmniej połowa z tych ludzi pracuje w szarej strefie.
Urzędy pracy w Polsce dwoją się i troją, aby zachęcić bezrobotnych
do podjęcia zatrudnienia. Ofert czeka mnóstwo, brakuje tylko chęci i
motywacji. Czysta kalkulacja przekonuje bezrobotnego, że za proponowane
mu pieniądze nie warto nawet wstawać z łóżka.
Urzędnicze represje nie są już wystarczające, by przyciągnąć
bezrobotnego do urzędu, nie mówiąc już o przekonaniu go do podjęcia
zatrudnienia. Zwykła oferta pracy przy taśmie za 1200 złotych nie jest
tym, czego oczekuje.
Niemałą kreatywnością wykazał się Urząd Pracy w Rybniku. Przy
współpracy z gminą zaproponował bezrobotnym zajęcie przy porządkowaniu
ulic i skwerów. Dyrekcja urzędu wykłada 60 procent wynagrodzenia ze
swojej kieszeni, resztę dokładają miejscy urzędnicy. Rachunek jest
prosty – tyle samo urząd pracy płaciłby za składki ubezpieczeniowe i
zasiłek dla bezrobotnego, więc lepiej, by za te pieniądze dał coś od
siebie. A jak mówią sprzątacze, praca lekka i co najważniejsze – da się
z niej wyżyć. Między innymi dlatego, że wynagrodzenie – w ramach walki
z bezrobociem – zwolnione jest od podatku.
Uczą emigracji
Weryfikację bezrobotnych przeprowadza też Urząd Pracy w Słupsku.
Jak do tej pory status bezrobotnego straciło tam półtora tysiąca osób,
a urzędnicy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Bo z dziesięciu
tysięcy bezrobotnych wezwanych na dywanik pracę chciało podjąć tylko
500 osób. Sto trzydzieści zaś bez ogródek przyznało, że pracuje za
granicą i nie ma czasu stawiać się na wezwanie.
Przed wykreśleniem z listy bezrobotnych może uratować zapisanie się
na kurs zawodowy – na przykład spawacza lub operatora dźwigu.
Teoretycznie rozwiązanie takie daje szanse na znalezienie dobrze
płatnego zajęcia w kraju.
– Ale po kursach i tak ludzie uciekają za granicę, by zarobić
jeszcze więcej – ubolewa na łamach portalu Nasze miasto Andrzej Kłoś,
właściciel firmy transportowej ze Słupska.
{mmoscomment}