Coraz częściej powstają
specjalne inicjatywy, których celem jest wsparcie polskich uczniów i
zapewnienie społecznej spójności w szkołach.
Sposób na polskiego ucznia
Kluczem do sukcesu okazuje się być przede wszystkim komunikacja. W
wielu szkołach, aby osiągnąć porozumienie, stosuje się więc kombinację
różnych strategii. Niektóre placówki nie tylko tłumaczą ogłoszenia (np.
ważne daty w roku szkolnym, zasady rekrutacji) na język polski, ale też
angażują do pomocy nowym kolegom innych uczniów. Dzieci pochodzące z
Polski, które opanowały język angielski, pełnią już nawet rolę
„tłumaczy”.
Coraz częściej specjalnie zatrudnia się osoby mówiące po polsku.
Według danych resortu oświaty, z kwietnia 2008 roku, polscy nauczyciele
tworzą na Wyspach najliczniejszą grupę wśród pedagogów-obcokrajowców z
Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG). W państwowych szkołach, w
samej tylko Anglii, pracuje ich już ok. 700. Stanowią prawie połowę
wszystkich pedagogów-cudzoziemców (1562) pochodzących z EOG.
Poza nauczycielami czy ich pomocnikami (teaching assistants), w
szkołach przybywa polskich kierowców autobusów czy dozorców. Do
obowiązków asystentów należą m.in. spotkania z nowo przybyłymi
rodzinami imigrantów, objaśnianie dokumentacji przywiezionej z Polski
(np. świadectw z czerwonym paskiem), telefoniczny kontakt z rodzicami
nieobecnych uczniów, pośredniczenie w zebraniach dotyczących np.
problemów związanych z dyscypliną itd. W przypadku kierowców czy
dozorców ich rola polega na nawiązaniu kontaktu z małymi Polakami, co
ma im ułatwić adaptację w nowym środowisku.
W praktyce…
Jak się okazuje, w praktyce sytuacja przybiera nieco ciemniejsze
barwy. Integrację utrudnia fakt, że część małych Polaków, przede
wszystkim w szkołach średnich (secondary schools), tuż po przyjeździe
nie jest w stanie w pełni uczestniczyć w procesie kształcenia. Ich
szkolny rozwój hamuje całkowita nieznajomość języka angielskiego.
Szkoły różnie podchodzą do tego problemu. Często przywołują takie
argumenty, jak braki kadrowe czy odpowiedniego finansowania. Ważną rolę
odgrywa więc polityka władz lokalnych. To dzięki nim w niektórych
placówkach oświatowych dzieci od razu mają pełny dostęp do programu
nauczania. Otrzymują wsparcie na lekcjach w postaci specjalnej opieki
pedagogicznej. Niestety, wbrew instrukcjom organizacji EMAS –
działającej na rzecz dzieci i młodzieży z mniejszości etnicznych –
która doradza pełny udział w lekcjach, szkoły decydują się na
rozwiązania co najmniej kompromisowe. Wciąż praktykuje się
przydzielanie dzieci na pierwszych kilka tygodni pedagogom nauczającym
języka angielskiego. Okres ten ma być niejako wprowadzeniem do pełnego
nauczania. Często też nowi uczniowie trafiają do klas niższych o rok.
Dzieje się tak zazwyczaj w przypadku dzieci, które rozpoczynają naukę w
środku roku szkolnego lub uczniów klasy 9. i 11.
Do najczęstszych przeszkód utrudniających edukację małych Polaków
w Wielkiej Brytanii należą: zróżnicowana znajomość języka angielskiego
wśród dzieci imigrantów, ograniczenia budżetowe oraz częsty brak
wsparcia ze strony rodziców, którzy większość czasu spędzają w pracy
lub sami nie znają języka angielskiego.
Ogromna odpowiedzialność leży też po stronie samego ucznia. Duże
znaczenie ma frekwencja. Choć większość nowo przybyłych rodzin zdaje
sobie z tego sprawę, są i takie, które wykorzystują np. dni ustawowo
wolne od nauki w Polsce na dodatkowe przerwy w brytyjskiej szkole.
Część uczniów, korzystając z zapracowania rodziców, zwyczajnie
wagaruje, demonstrując w ten sposób swoje niezadowolenie z
przeprowadzki do Wielkiej Brytanii. W efekcie zbyt niskiej frekwencji,
nawet na poziomie 70 proc., proces uczenia się zostaje zakłócony i
uniemożliwia integrację z brytyjskimi rówieśnikami.
Wiele pomysłów, ten sam cel
Los polskich dzieci wydaje się nie być do końca obojętny polskim
dyplomatom. W roku 2007 własną propozycję pomocy małym Polakom wysunęła
Barbara Tuge-Erecińska. Pani ambasador postulowała wprowadzenie do
brytyjskich szkół lekcji polskiej historii i kultury. Poznanie ojczyzny
nowych szkolnych kolegów mogłoby pomóc brytyjskim dzieciom lepiej ich
zrozumieć. Podobne rozwiązanie problemu zaproponował w czerwcu tego
roku polski wiceminister oświaty Krzysztof Stanowski. Polityk na
spotkaniu z Edem Ballsem, brytyjskim ministrem ds. dzieci, szkół i
rodzin, opowiedział się za podniesieniem statusu języka polskiego.
Chciał, aby brytyjscy uczniowie mieli możliwość nauki polskiego jako
jednego z języków obcych.
– Powinno być więcej lekcji języka polskiego w brytyjskich
szkołach. Oczywiście, większość uczniów, którzy będą uczestniczyli w
tych zajęciach, to będą polskie dzieci. Powinniśmy także podnieść
status języka polskiego jako języka obcego w Wielkiej Brytanii – mówił
Stanowski.
Wiceminister zauważył też, że przygotowanie pociechy do nowej,
brytyjskiej szkoły należy zacząć jeszcze przed wyjazdem, w Polsce.
– Bardzo ważne jest to, żeby dla tych rodziców, którzy decydują
się przywieźć tutaj dzieci, może na całe życie, może na kilka miesięcy
czy kilka lat, stworzyć jak najlepszą możliwość adaptowania się do
brytyjskiego systemu edukacyjnego. A to należy zacząć jeszcze w Polsce.
Trzeba możliwie jak najlepiej sprowadzić do wspólnego mianownika
wszystkie aspekty obu systemów edukacyjnych (…).
Różnice między polską a brytyjską szkołą
Polscy rodzice na Wyspach zdają się bardziej zauważać to co dzieli,
niż to co łączy polski i brytyjski system oświaty. Przede wszystkim
dziwią ich kary finansowe za nieobecność i spóźnienia, sięgające nawet
1 500 funtów. – W szkole mojej córki, żeby zostać ukaranym wystarczy
dziewięć spóźnień – narzeka pani Jolanta, mama 7-letniej Magdy i
6-letniego Janka. – W szkole na Kensington, do której chodzą moje
dzieci, zajęcia zaczynają się od ustawienia uczniów w rzędzie. Później
wita się z nimi nauczycielka. Następnie po kolei wchodzą do klasy. Po
zamknięciu drzwi każdy, kto nie był obecny na zbiórce, a próbuje wejść
do klasy, jest uznany za spóźnionego. 9.02 jest jeszcze okay, ale 9.07
już nie – wyjaśnia. Tata 7-letniej Zosi zauważa największe różnice w
sposobie nauczania. – Moje dziecko lubi chodzić do szkoły, bo uczy się
poprzez zabawę. Jak ja chodziłem do szkoły w Polsce, to była to raczej
nauka przez wkuwanie. Dlatego od początku jej nie lubiłem – żartuje.
Zupełnie inaczej wygląda też dzień szkolny. Nie ma
pięciominutowych przerw między lekcjami. Są tylko dwie, ale za to
godzinne. Pierwsza na lunch. Druga na zabawę. – W pierwszych latach
nauki dzieci siedzą w klasie i robią różne rzeczy. Nie ma podziału na
przedmioty. Wszystko jest pomieszane – dodaje pan Stefan.
Latem uczniowie na drugiej przerwie biegają po boisku. – Kiedyś
Magda przewróciła się. Stłukła kolano i rozbiła czoło. Zadzwoniono do
mnie i powiedziano mi, że dziecko miało wypadek. Można sobie wyobrazić,
co wtedy pomyślałam – opowiada pani Jolanta. – Okazało się, że córka
tylko się przewróciła. Dokładnie opisano mi, co się stało, jakie są
objawy, jak ona się czuje. Na koniec padło pytanie, czy odbiorę ją ze
szkoły, czy też może zostać. Oczywiście, powiedziałam, żeby została.
Ale to jeszcze nie był koniec. Po południu, kiedy przyszłam odebrać
córkę ze szkoły, otrzymałam dokładny raport na kartce A4. Narysowano na
niej głowę i zaznaczono miejsce, w którym znajdował się siniak, a obok
umieszczono dokładne objaśnienie. Poniżej był rysunek nogi z równie
szczegółowym opisem – dodaje kobieta.
Polskich rodziców cieszy fakt, że szkoła zapewnia dzieciom
wszystkie potrzebne pomoce naukowe, takie jak książki, zeszyty,
długopisy, ołówki itd. Owszem zdarza się, że maluchy przynoszą swoje
własne przybory, ale raczej chowają je w plecakach i pokazują sobie
ukradkiem na przerwie. Jeśli próbują wyciągnąć je w klasie, są
natychmiast upominane przez nauczycielkę. Szkoła nie stresuje ani
dzieci, ani rodziców. Wywiadówki, a właściwie spotkania z nauczycielem,
odbywają się w cztery oczy. Nie ma publicznych opowieści o złym
zachowaniu itp. – Zostaje wyznaczona godzina, na którą trzeba przyjść.
Takie spotkania polegają raczej na chwaleniu osiągnięć dziecka –
przyznaje pani Jolanta.
Brytyjscy nauczyciele potępiają agresję – mówi Stefan. – Byliśmy z
żoną świadkami, jak chłopiec wybiegł z klasy płacząc, że uderzył go
kolega. Na co jego ojciec powiedział: „To mu oddaj”. Usłyszała to
nauczycielka i oznajmiła, że nie ma prawa tak mówić i incydent skończył
się u dyrektora.
Przybywa dzieci imigrantów
Z oficjalnych danych wynika, że w Wielkiej Brytanii dla jednego na
ośmiu uczniów angielski to język obcy. Dzieci imigrantów posługują się
zaś aż 240 różnymi językami. Na terenie kraju istnieją placówki, w
których obcokrajowcy stanowią nawet 70 proc. wszystkich uczniów.
Badania, obrazujące sytuację ze stycznia tego roku, dowodzą, że
angielski jest językiem obcym dla 815 450 uczniów, czyli 12,5 proc. W
szkołach podstawowych (primary schools) na terenie kraju liczba ta
wynosi 14,3 proc., a w szkołach średnich (secondary schools) 10,6 proc.
Porównując sytuację z tą sprzed wejścia nowych państw do Unii
Europejskiej w 2004 r., okazuje się, że w szkołach podstawowych liczba
dzieci imigrantów wzrosła o 3,8 proc., a w średnich o 1,1 proc. Na
pierwszym miejscu znaleźli się uczniowie, których ojczystym językiem
jest pundżabi – 102 570, na drugim urdu – 85 000, a na trzecim bengali
– 32 030. Polacy zajęli szóstą pozycję z wynikiem 26 840. Z tak dużą
liczbą uczniów, którzy słabiej posługują się językiem angielskim niż
ich brytyjscy rówieśnicy, łączy się wzrost kosztów nauki. Jak informuje
Mick Brookes ze Związku Brytyjskich Nauczycieli i Wykładowców, szkoły
na Wyspach chętnie przyjmują dzieci imigrantów, lecz nie zawsze są w
stanie poradzić sobie z kosztami, jakie w związku z tym ponoszą.
Szacuje się, że na edukację dziecka, które nie mówi po angielsku,
należy wyłożyć około 30 tys. funtów, podczas gdy wykształcenie
rodowitego Brytyjczyka kosztuje zaledwie 4 tys.
Niektórzy parlamentarzyści obawiają się, że tacy uczniowie
potrzebują więcej uwagi nauczyciela, tym samym pozbawiając należytej
opieki innych uczniów. Innego zdania są jednak brytyjscy nauczyciele,
którzy twierdzą, że wiele dzieci imigrantów jest zdecydowanie bardziej
zmotywowanych do nauki niż brytyjskie dzieci. I to właśnie one często
wiodą prym w szkołach. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy do klasy
trafia więcej niż jedno dziecko ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.
Konserwatyści utrzymują, że państwo nie wychodzi naprzeciw szkołom. Ich
zdaniem dzieje się tak dlatego, że obecny rząd nie zdaje sobie sprawy z
tego, kto osiedla się na terenie Wielkiej Brytanii, a imigracja
wymknęła się mu spod kontroli.
Innego zdania jest minister edukacji Jim Knight, który stwierdził,
że w szkołach nie ma „rozdźwięku”, a rząd dokłada wszelkich starań, by
stworzyć dzieciom imigrantów możliwość szybkiej i efektywnej nauki
pisania i czytania w języku angielskim.