Brytyjskie władze zadecydowały, że zamieszkanie na Wyspach nie będzie
już dłużej dawało imigrantom automatycznego prawa do darmowych kursów
językowych. Przez ostatnie pięć lat brytyjski rząd w ramach polityki integracji
społecznej fundował wszystkim chętnym imigrantom darmowe kursy języka
angielskiego w systemie...
ESOL (English for Speakers of Other Languages).
Wystarczyło zgłosić się na uczelnię lub do subsydiowanej przez państwo prywatnej
szkoły językowej, zdać egzamin i... odczekać swoje w kolejce na wolne miejsce na
kursie. Chętnych zgłaszało się jednak tyle, że przestało starczać na nich
pieniędzy.
Z kursów w największej liczbie korzystają imigranci z Azji, z środkowego
wschodu, czyli Pakistanu, Indii i Bangladeszu. Jednak to właśnie lawinowy
przyrost imigrantów z krajów, które przystąpiły do Unii Europejskiej w 2004
roku, głównie z Polski, spowodował wreszcie trwałą niewydolność systemu.
Learning and Skills Council, instytucja odpowiedzialna za rozdzielanie funduszy
na edukację zapisała w swoim Annual Statement of Priorities, czyli liście
najważniejszych zadań na następny rok, zmianę systemu refinansowania kursów. Od
września 2007 roku status imigranta lub azylanta nie będzie więcej powodował
„automatycznego zwrotu kosztów kursu”.
Krach systemu
Znajomość języka kraju, w którym się
mieszka, jest podstawą szans rozwoju zawodowego, integracji społecznej i
własnego dobrego samopoczucia - mówi Bill Rammell, odpowiedzialny w rządzie za
edukację osób dorosłych. Według jego wyliczeń obecne władze wydały już 3
miliardy funtów na program Skills for Life Strategy, czyli mający wyposażać
dorosłych w umiejętności poprawiające ich sytuację społeczną. W tym zwiera się
również suma wydana na prawie 2 miliony uczących się dotychczas języka w
systemie ESOL. - Jednak od 2001 roku, kiedy rozpoczęliśmy program ESOL, liczba
zgłaszających się chętnych potroiła się - zaznacza Bill Rammell. Stąd potrzeba
wprowadzenia opłat za kursy. Co jednak z tymi, którzy zarabiają najmniej, czyli
właśnie najczęściej z tymi, którzy słabo władają językiem. Czy takie posunięcie
nie zamknie im drogi do samorozwoju? - Osoby bezrobotne oraz te, którym z racji
niskich dochodów przysługują zasiłki, będą nadal miały prawo do bezpłatnego
korzystania z kursów - wyjaśnia Jackie Stevenson z brytyjskiego ministerstwa
edukacji.
Darmowe wakacje
Władze placówek oświatowych niechętnie
komentują posunięcia swoich zwierzchników. Nauczyciel odpowiedzialny za kursy
ESOL w jednym z collegu w Londynie powiedział, że ich „darmowość” od dawna była
fikcją. - W 2006 roku nasza placówka dostała fundusze na zaledwie 72 studentów,
gdy zgłaszają się ich setki - wylicza. Docenia pęd do nauki, jaki wykazują
przyjezdni z Polski, jednak tłumaczy, że wielu bardziej potrzebujących. - Mamy
dzieci z rodzin z Pakistanu, czy Indii, które urodziły się już tutaj i nie mówią
po angielsku, bo w domach dorośli mówią tylko w ich ojczystym języku. To im
należy się pierwszeństwo - twierdzi. Oni są mieszkańcami tego kraju od
dziesięcioleci, wielu Polaków zgłasza się natomiast jak na darmowe wakacyjne
kursy językowe, nie zamierzając na stałe osiedlić się w Wielkiej Brytanii. -
Rząd zaprosił do udziału w programie ESOL Polaków i wszystkich obywateli z
nowych krajów członkowskich Unii, ale chyba tylko dla zrobienia dobrego
wrażenia, gdyż po 2004 roku nie poszły za tym żadne dodatkowe fundusze -
informuje z goryczą.
Szkoda, ale warto
Alicja Najdora uczęszczała na kursy
ESOL od czerwca zeszłego roku. Przyjechała nie mówiąc po angielsku ani słowa.
Dziś bez problemu porozumiewa się w sprawach istotnych, na co dzień. Przyznaje,
że z kursu zrezygnowała właśnie z powodu wprowadzenia przez jej szkołę obowiązku
wpłacania depozytu za kurs. - Trzeba było wpłacać po 150 funtów, które miały
przepadać w momencie, gdy opuściło się ponad 20 procent godzin zajęć lub nie
ukończyło semestru wcale - informuje. Ona natomiast nie wiedziała wtedy, jak
długo jeszcze zostanie na Wyspach, szkoda jej więc było ryzykować tej kwoty.
Dziś wie, że zostanie dłużej i martwi się tym, że będzie musiała płacić za
naukę, bo że uczyć się musi to wie, bo z językiem ma tyle kontaktu, co w pracy,
ale tam wciąż wygłasza te same formułki. - Stać to mnie może i będzie, ale
wielka szkoda, bo w końcu przyjechałam tu zarobić i odłożyć - mówi.
Dariusz
Kulpiński uczęszcza na darmowe kursy od dwóch lat i docenia ich skuteczność,
zwłaszcza porównując swoją znajomość języka do kolegów z pracy, którzy się nie
uczą. - Gdyby nie ten kurs na pewno bym tak nie rozumiał i mówił - podkreśla.
Sądzi, że wielu osób nie będzie stać, żeby naukę języka opłacić samemu. Poza tym
prywatne kursy, które pozostawałyby w jego zasięgu cenowym, oferują dużo
mniejsza intensywność nauczania. - Na tym darmowym kursie to miewaliśmy i
zajęcia po cztery razy w tygodniu po trzy godziny - wylicza. Ania Malinowska już
słyszała o planach wprowadzenia opłat za kurs, w którym bierze udział. Zdecyduje
się jednak pozostać w swojej szkole nawet, gdyby miała płacić, bo jest z niej
bardzo zadowolona. - No cóż, realia są takie, że bez języka nie da rady zdobyć
lepszej pracy. Warto, więc poświęcić trochę czasu i pieniędzy - konkluduje.
|