Gdzie usłyszałaś o wspólnocie Camphill Communities i co Cię do niej przyciągnęło?
Dziesięć lat temu wyjechałam w podróż dookoła Azji i w pociągu
transmongolskim spędziłam tydzień z Anglikiem, z którym dla zabicia
czasu rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. On pierwszy opowiedział mi
o dziwnej filozofii, na podstawie której powstała szkoła, którą
ukończył (Waldorf School – przyp. red.). Potem była rutynowa wymiana
adresów, a po jakimś czasie wysłał do mnie kartkę z Botton Village,
miejsca, w którym teraz mieszkam. Mój znajomy Anglik pracował jako
wolontariusz na farmie. Bardzo mi się to podobało, a że chciałam
właśnie pojechać do Anglii na wakacje, żeby podszkolić język fachowy –
czyli „rolniczy” – wysłałam do nich swoją aplikację. Przyjęli mnie na
całe wakacje.
Przyjechałam i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że nie była to taka
sobie zwykła farma, tylko część większego kompleksu tworzącego rodzaj
komuny, w której ludzie zdrowi mieszkają z upośledzonymi umysłowo,
tworząc im dom i rodzinę. Zamieszkałam z jedną z takich rodzin i
pracowałam ze zwierzętami na farmie.
Później odwiedzałam Botton jeszcze wielokrotnie, przyjeżdżałam, kiedy
tylko mogłam i coraz bardziej podobało mi się to miejsce. Po trzech
latach regularnych wizyt zaczęłam także jeździć do pobliskiej kliniki
dużych zwierząt na praktyki razem z mężem, którego oczywiście
zabierałam ze sobą odkąd go poznałam i który też pokochał to miejsce.
Na ostatnim roku studiów zastanawialiśmy się, co robić po ich
skończeniu. Jednomyślnie zdecydowaliśmy, że chcemy zamieszkać w tej
wiosce i dołączyć do reszty komuny. Wysłaliśmy zgłoszenie, poszło nam
łatwo, bo już nas tutaj znali i szybko zostaliśmy przyjęci. W kwietniu
2005 roku skończyłam studia, a pod koniec czerwca przeprowadziliśmy się
tu na stałe. Dziś prowadzimy dom dla trójki podopiecznych i pracujemy w
swoich zawodach na rzecz naszej społeczności.
Jak powstały Camphill Communities i jaka jest idea organizacji?
Organizacja ta powstała ponad 60 lat temu w Szkocji. Stworzyła ją grupa
imigrantów, na czele której stał pediatra Karl König. Dziś składa się
ona z ponad 100 placówek na całym świecie, w Polsce też jest jedno
takie miejsce. Słowa „placówka” nie należy brać dosłownie, bo kojarzy
się ono raczej z zamkniętym ośrodkiem, a tu tak nie jest. Każde takie
miejsce to wspólnota, w której w kilku domach (w naszej wiosce jest ich
32) mieszkają rodziny opiekujące się ludźmi niepełnosprawnymi. Tworzą
im drugi dom, dbając jednocześnie o to, by przez pracę i życie w takiej
społeczności mogli się rozwijać i być – w miarę możliwości –
niezależni. Razem z mężem prowadzimy taki właśnie dom.
Na czym polegają wasze obowiązki w komunie i jak wygląda wasze życie?
Zajmujemy się sprawami organizacyjnymi, pilnujemy terminów wizyt u
lekarzy naszych podopiecznych, umawiamy ich do fryzjera, podajemy leki.
Dbamy, żeby byli schludnie ubrani, żeby nie spóźniali się do pracy.
Kiedy mają problemy, rozmawiamy z nimi, pocieszamy, razem się śmiejemy,
czasem upominamy, uczymy ich nowych umiejętności, na przykład używania
tarki do jarzyn, wiązania fartucha, prasowania. Jemy wspólnie posiłki,
czasem jeździmy razem na wycieczki nad morze albo do teatru, żyjemy po
prostu jak rodzina.
Każdy z podopiecznych chodzi do pracy. Na terenie wspólnoty jest sporo
takich miejsc: stolarnia, tkalnia, wytwórnia serów, wytwórnia dżemów i
soków owocowych. Inni pracują na farmie lub w lesie, pomagają w
gotowaniu posiłków, sprzątają domy, pielą ogródki – wszystko zależy od
ich chęci, umiejętności i aktualnych potrzeb.
Zwykle jemy wspólnie śniadanie ok. 7:30, potem razem zmywamy po
posiłku. O 9.00 wszyscy zaczynają pracę. O 10:30 mamy krótką przerwę na
herbatę, potem praca do 12:15. Chwilę później jemy lunch. O 14.00
zaczyna się praca popołudniowa. Większość podopiecznych pracuje gdzie
indziej rano i gdzie indziej po południu, na przykład rano sprzątają
dom, a po południu robią drewniane zabawki w stolarni. Wszyscy pracują
do 17:30 z krótką przerwą na odpoczynek. O 18:30 jemy kolację i do
wieczora i my, i nasi podopieczni mamy czas wolny. Ja jestem cały dzień
w domu, bo zajmuję się kilkumiesięczną córką. Dwa razy w tygodniu
gotuję obiad, w pozostałe dni posiłki są przygotowywane przez
wolontariuszkę, która mieszka razem z nami.
Zajmuję się tym, czym zajmuje się każda osoba prowadząca dom – pilnuję,
żeby śniadanie czy obiad były przygotowane na czas, próbuję zapanować
nad praniem, robię zakupy, sprzątam i zajmuję się dzieckiem. Obowiązków
domowych jest sporo, ale nie przeszkadzają mi one lecieć do chorego
zwierzęcia na zawołanie. Jeśli tylko farmer zadzwoni, że koń łapczywie
najadł się siana i leży w stajni z objawami kolki, wsadzam córkę do
wózka, sprzęt leży w koszyku pod nią i pędzimy „na sygnale”. Czasem też
udzielam porad telefonicznie. Gospodarstwa we wsi są ekologiczne (ang.
organic – przyp. red.) w swojej najbardziej radykalnej i oddanej idei
formie – biodynamiczne, a gospodarze bardzo dbają o swoje zwierzęta,
dobrze je znają i dlatego można szybko wychwycić wszelkie zmiany i
leczyć je lekami homeopatycznymi i ziołami. Jestem wielką zwolenniczką
naturalnego lecznictwa i cieszę się, że mogę tu realizować swoje ideały
w pracy. Mój mąż, który studiował politologię, pracuje w biurze
organizacji w dziale PR i Fundraising’u. A jeśli w biurze jest mało
roboty, pomaga w ogrodzie warzywnym.
Czy za swoją pracę dostajecie wynagrodzenie?
Kwestia finansowa jest interesująco rozwiązana. Nie dostajemy żadnych
pensji, ale mamy opłacane składki emerytalne. Mamy też dostęp do
pieniędzy, które wydajemy na swoje osobiste rzeczy. Nie płacimy za dom,
za jedzenie, telefon, internet i samochód. Pieniądze, do których mamy
dostęp przeznaczamy na wózek dla dziecka, ubrania, prezenty, kosmetyki,
wszystko to, co jest nam potrzebne. Ponieważ wszyscy i wszystko tu
funkcjonuje na zasadzie wzajemnego zaufania, nikt nikogo nie musi w tej
sferze kontrolować, ponieważ nikt nie ma zamiaru nadużywać tych
pieniędzy. I to jest jedna z najpiękniejszych stron życia w takiej
wspólnocie – zaufanie do drugiego człowieka.
Kto mieszka i pracuje w wiosce?
Wolontariuszy, którzy przyjeżdżają do tych wiosek można podzielić na
kilka grup. „Long term co-workers” mieszkają tu na stałe, prowadzą
domy, nadzorują inne miejsca pracy, organizują życie kulturalne,
występy, pokazy filmów, przedstawienia, wypełniają masę papierów
związanych z faktem, że jest to forma opieki nad niepełnosprawnymi.
Mimo że wszystko odbywa się w domowej atmosferze, trzeba wypełniać
różne formularze, zapisywać administrację leków i wszelkie decyzje,
które mają wymiar oficjalny. Opieka społeczna czuwa nad tym, żeby
wszystko było, jak trzeba.
Druga grupa to „young co-workers” – ludzie przyjeżdżający tu na rok,
żeby odrobić służbę wojskową (głównie Niemcy), żeby nauczyć się języka
(najwięcej Koreanek), żeby przeżyć przygodę życia czy odczekać rok
przed pójściem na studia. Są to najczęściej młodzi ludzie, zaraz po
maturze lub mający około 20 lat. Zatrzymują się u mieszkających tu na
stałe rodzin, pomagają w domach i uczęszczają na kurs (foundation
course), na którym dowiadują się, jak żyć z ludźmi niepełnosprawnymi,
jak ich lepiej zrozumieć, jak im pomóc. Oprócz tego pracują z
podopiecznymi w przeróżnych miejscach na terenie wsi. No i integrują
się z innymi, jeżdżą razem z nami na plażę, do kina i uczestniczą w
urządzanych w weekendy imprezach.
Co skłoniło ciebie i twoją rodzinę do wyboru takiej ścieżki życiowej?
Zdecydowaliśmy się tu zamieszkać i żyć w taki właśnie sposób, ponieważ
wierzymy w idee tej organizacji. Nie wyobrażamy sobie naszego
uczestnictwa w wyścigu szczurów, nieustającej pogoni za pieniędzmi. Tu
nie ma rywalizacji, nie ma pensji, można się skoncentrować na życiu, na
rodzinie, na innych ludziach. Każdy z nas wolontariuszy pracuje w mniej
lub bardziej wymarzonym przez siebie zawodzie, nieważne czy jako
stolarz, ogrodnik, rzeźnik, dostawca żywności czy weterynarz. Oprócz
tego, mieszkając z innymi ludźmi, którzy potrzebują naszej pomocy, a
czasem tylko naszej obecności, mamy poczucie, że nie żyjemy tylko dla
siebie.
Przed przyjazdem tutaj żyliśmy normalnie, ja pracowałam, studiowałam,
mąż studiował i pracował w dużej firmie audytorskiej. Żyło nam się
bardzo dobrze pod względem finansowym, mogliśmy sobie na wiele rzeczy
pozwolić. Ale oboje jesteśmy zdania, że nie o to chodzi w życiu. Nie
chcemy się cieszyć z kolejnych podwyżek pensji i martwić dużym
rachunkiem za telefon. O wiele piękniejsze jest życie wśród ludzi,
którzy tak wiele wnoszą w nasze życie – swoje radości, smutki i
zaufanie do nas, jako swoich opiekunów. Uczą nas patrzeć na życie z
zupełnie innej strony. Pamiętam, jak kiedyś na basenie, w którym była
za głęboka woda, jeden z naszych podopiecznych zamiast powiedzieć tak
jak my, że mogliby jej trochę spuścić, powiedział, że mogliby
podwyższyć podłogę. Może to banalne, ale mnie to bardzo poruszyło. Tak
samo, jak słowa innej podopiecznej, która powiedziała, że cieszy się z
istnienia na ziemi drzew, bo dzięki nim wiadomo czy jest wiatr, czy
nie. Dla mnie jest to bardziej odkrywcze niż wiadomość, że kolejna
wielka korporacja wyrobiła 400 procent normy godzinowej.
Życie płynie tu zupełnie innym rytmem, jest okazja do zastanowienia się
nad sobą, nad życiem, okazja do większej integracji z innymi ludźmi.
Czy swoją przyszłość wiążesz z Camphill Communities?
Chcę na pewno dalej mieszkać w Anglii, nie wiem, jak długo i czy wciąż
w jednym miejscu. Organizacja ma swoje wspólnoty na całej wyspie, może
przeprowadzimy się w jej ramach gdzieś indziej. Chcę się tu dalej
kształcić, skończyć podyplomowy kurs homeopatii weterynaryjnej i
akupunktury. Chcę dalej pomagać innym, cieszyć się z ich małych
sukcesów i wychowywać córkę w tym lepszym, bo pozbawionym zawiści
świecie.
Więcej informacji o Camphill Communities:
www.camphill.org.uk