Maciek – absolwent politologii – przyjechał do Londynu w sierpniu
ubiegłego roku. W Polsce miał nadzieję na dobrą pracę w Urzędzie
Wojewódzkim – marzenie każdego studenta tego kierunku. Zaczął studia
doktoranckie, które miały być inwestycją na przyszłość i dawały
satysfakcję, choć nie pozwalały opłacić rachunków. Kiedy nadzieja na
posadę nie ziszczała się, postanowił wyjechać. Wybrał się do Anglii
zupełnie w ciemno, ze 100 funtami w kieszeni. Przez dwa tygodnie szukał
pracy – jakiejkolwiek, byle się zaczepić na początek. Wypytywał ludzi
sprzątających w metrze i na ulicy, jak można dotrzeć do ich pracodawcy.
– W końcu jeden z zaczepionych mężczyzn dał mi numer telefonu do
swojego szefa i pokazał w „A-Zetce”, gdzie powinienem się zgłosić –
opowiada Maciek – bez większego entuzjazmu pojechałem na drugi koniec
Londynu i wypełniłem formularz aplikacyjny. Tego samego dnia pracodawca
zadzwonił z informacją, że mam tę robotę. Pomogła mu odrobina szczęścia
do ludzi. Kiedy odebrał telefon, akurat był w agencji pracy i wypełniał
kolejny formularz. Nie zrozumiał, gdzie powinien się zgłosić, więc
poprosił agenta o pomoc. Dzięki jego uprzejmości, następnego dnia
trafił do pracy.
Przez dwa miesiące wstawał o 4.30 i jechał pierwszym metrem
przez całe miasto, żeby zdążyć na 6.00. Później na szczęście udało mu
się przeprowadzić. Tego pierwszego dnia szef włożył mu miotłę w garść i
kazał zamieść bazę. Teraz Maciek jeździ po mieście i wrzuca worki ze
śmieciami do ciężarówki. Czasami zbiera odpadki na ulicy z
„krokodylem”, czyli specjalnym chwytakiem w garści albo chodzi z
wózkiem do zbierania liści.
Chociaż nie wiąże swojej przyszłości z tą pracą, jest zadowolony, że
dzięki niej może się utrzymać bez niczyjej pomocy. Zarabia jak wielu
emigrantów około 170 funtów tygodniowo „na rękę”, czasem dodatkowe
kilkadziesiąt funtów za nadgodziny. Rzeczy z „wystawek”, czyli stare
telewizory, kuchenki mikrofalowe i inny sprzęt elektroniczny można
zabrać dla siebie lub sprzedać na bazarze – to dodatkowe źródło dochodu
dla wielu śmieciarzy. – Ja zabrałem sobie 24” telewizor, dwa radia,
grzejnik i odtwarzacz DVD – mówi Maciek – korzystam z nich do tej pory
i działają bez zarzutu.
„Wystawki” to de facto pomoc społeczna dla emigrantów. Zwłaszcza
w prestiżowych osiedlach słowa „pieniądze leżą na ulicy” nabierają
dosłownego znaczenia. Czasem trafi się prawdziwy rarytas, jak prawie
nowa wieża hi-fi. Zabieram też Yellow Pages, katalogi sprzedaży
wysyłkowej, a kiedyś znalazłem nawet 30 starych numerów „Gońca”. Czasem
znajdzie się któryś z magazynów dla mężczyzn i można go wziąć dla
rozrywki – żartuje.
Niepisana zasada mówi, że jeśli sprzęt jest niesprawny, wystawiający go
ucina kabel. Wtedy wiadomo, że nie ma sensu go zabierać.
Jest jeszcze inny sposób na zarobienie dodatkowych pieniędzy, bardzo
popularny, choć nielegalny. – Do worków ze śmieciami nie wolno wkładać
gruzu po remoncie mieszkania, teoretycznie nie zabieramy też starych
mebli i sprzętu AGD – mówi Maciek – każdy londyńczyk ma obowiązek
wywieźć te rzeczy do Recycling Centre lub zapłacić za ich wywiezienie
wyspecjalizowanej firmie. W praktyce ludzie chętnie wkładają nam
pieniądze „w łapę” za zabranie takich rzeczy i wybawienie ich z kłopotu
za ułamek tego, co musieliby zapłacić. W zależności od szczęścia to
nawet do ₤50 dodatkowo na tydzień.
Bonusów można spodziewać się też przed Bożym Narodzeniem. Ludzie
dają śmieciarzom słodycze, piwo i koperty z pieniędzmi w prezencie. ¬–
W tym okresie roku każdy chce zrobić coś dobrego dla innych – śmieje
się Maciek – a co może być prostszego niż wspomożenie gorzej
sytuowanego od siebie, który w dodatku mu służy?
Ogólnie Maciek nie narzeka, chociaż praca śmieciarza ma jednak więcej
wad niż zalet. Do tych ostatnich zalicza krótki czas pracy – zwykle
kończy o 12. Dzięki temu po południu można dorabiać w barze czy na
budowie albo po prostu leniuchować. Praca jest bezstresowa – to zaleta
numer dwa. Na tym koniec. Lista wad jest dłuższa. Trzeba wstawać około
5 rano, praca jest „ogłupiająca” i brudna, a jeśli nie jest się
odpornym psychicznie, można stracić poczucie godności. – Na początku
miałem doła – mówi Maciek – pięć lat studiowałem, a mimo tego zostałem
śmieciarzem. Teraz jednak śmiejemy się razem z podobnie wykształconymi
kolegami, że jeszcze zrobimy doktorat ze śmiecioznawstwa albo napiszemy
książkę „Wszystkie śmieci Londynu”. Polacy – lepiej i gorzej
wykształceni – stanowią połowę kolegów z pracy Maćka. Reszta to byli
więźniowie, którzy zbierają śmieci w ramach resocjalizacji, skierowani
na te posady przez council, inni emigranci i lekko opóźnieni w rozwoju
lub pochodzący ze społecznych nizin Brytyjczycy. – Niebezpieczeństwem
tej pracy jest fakt, że łatwo do niej przywyknąć – mówi Maciek – z
drugiej strony po roku można chyba wylądować w wariatkowie. Dlatego
szukam innej pracy, bardziej odpowiadającej mojemu wykształceniu i
ambicjom. Mam nadzieję, że wykonywać tej pracy nie będę już długo.