Jak to możliwe, że ludzie, którzy jeszcze podczas pobytu w Polsce kochali się bezgranicznie, po przyjeździe do Anglii gotowi są pozabijać siebie nawzajem? Brat siostrę, szwagier szwagierkę, matka córkę. Potem nie odzywają się do siebie tygodniami, miesiącami, a czasem i nawet latami. Dlaczego? Niestety w grę wchodzą pieniądze.
– Gdyby zebrać wszystkie ludzkie osobowości do jednego worka,
powstałaby mieszanka wybuchowa. Niestety nie każdy potrafi dostosować
się do innych warunków życiowych. Niektórym puszczają nerwy, co w
konsekwencji prowadzi do tego, że nie kontrolują samych siebie i mówią
rzeczy, których potem żałują. Tyle, że w pewnym momencie na przeprosiny
może być już za późno – mówi socjolog Jacek Małolepszy.
Do dziś ma u mnie krechę
O wyjeździe na Wyspy zadecydowała ona. Z dnia na dzień. Siedziała z koleżanką w barze i nagle powiedziała: – A
co mnie tu właściwie trzyma? Pracuję jak wół za 1000 zł, na studia też
już raczej nie pójdę. Nic dobrego mnie w tym kraju nie czeka. Mam
ciągnąć tak do emerytury, ciułać grosz do grosza, by ostatecznie na
starość dostawać 550 zł? „Spadam” stąd – mówiła Agata Jankiewicz.
Po chwili zadzwoniła do narzeczonego Marcina Kowalczyka, który w
zasadzie nie miał nic do gadania. – Co prawda chciałem tutaj ułożyć sobie życie, ale poszedłem za głosem serca. Może właśnie takie spontaniczne wyjazdy mają sens – zastanawiał się.
Wszystko mieli zaplanowane: zakwaterowanie u ciotki w Londynie,
pomoc w znalezieniu pracy, a w konsekwencji mieszkania. Jednak już po
przyjeździe przeżyli moment pierwszego rozczarowania. Ciotka nie
wpuściła ich do domu tłumacząc, że mieszka z nowym partnerem i
niezręcznie jest jej wynajmować pokój. – Nie pomogły nawet
tłumaczenia, że jesteśmy przecież rodziną, a mężczyzna jest zupełnie
obcym człowiekiem! Zostawiła nas na pastwę losu. Do dziś ma u mnie
„krechę”, bo przez nią spędziliśmy kilka, jakże ciekawych i pełnych
wrażeń dni, w domu z Litwinami, narkomanami i złodziejami – żali
się Ania. Razem z nimi wyjechała też koleżanka Kasia. Ta jednak szybko
znalazła chłopaka Anglika, który przygarnął ją do siebie i pomógł
znaleźć pracę. Choć najpierw pomagali sobie nawzajem, wkrótce Kasia
zapomniała o Agacie i Marcinie. Zmieniła numer telefonu, ślad po niej
zaginął.
Brat na pierwszy ogień
Gehenna na szczęście nie trwała długo. Po „przebiedowaniu” prawie
tygodnia na kotletach z parówek i chleba, piciu „kranówy” (trzymali
pieniądze na wynajem prawdziwego pokoju), znaleźli w gazecie ogłoszenie
o pracę. Tyle, że w Bristolu. Nie czekali .Od razu zadzwonili. – Mężczyzna
zapytał nas, czy możemy się przeprowadzić. Jeśli tak, to od ręki daje
nam ,,robotę” w fabryce. Trzy i pół godziny później byliśmy już w
największym mieście w południowo-zachodniej Anglii. Zostaliśmy tam – opowiada Agata.
Wynajęli pokój blisko centrum. Do pracy jeździli firmowym autobusem.
Oszczędzali więc na biletach i paliwie. Po czterech miesiącach „odkuli
się”. Wynajęli dom na peryferiach miasta. Właśnie tam dostali lepszą
ofertę pracy. – Nie czekaliśmy. Odłożyliśmy pieniądze, dlatego nie
musieliśmy męczyć się z ludźmi o wątpliwej reputacji, którzy nic dla
nas nie znaczyli. Byliśmy na nich skazani tylko dlatego, że z nimi
mieszkaliśmy. A my chcieliśmy zamieszkać tylko z rodziną –
tłumaczy Marcin. W jednym z dwóch pokoi zamieszkał brat Agaty – Darek.
Na początku było spokojne, ale kiedy do Anglii w odwiedziny przyjechał
ich ojciec, zaczęło się piekło. Darek jeszcze w Polsce pokłócił się z
rodzicami, którzy nie chcieli zaakceptować jego związku z dziewczyną.
Mężczyzna nie zamierzał z niej zrezygnować i pokłócił się z nimi na
amen. – Ojciec był u nas trzy tygodnie, a Darek ani razu się do
niego nie odezwał. Poza tym strasznie się „szarogęsił”. Spóźniał się z
płaceniem czynszu, bez przerwy zapalał światło i siedział przy
komputerze. Szlag nas trafiał, bo nie przyjechaliśmy tutaj, aby wydawać
tyle kasy na rachunki, tylko zaoszczędzić na dom w Polsce. A Darek
przeginał w każdym calu – mówi Agata.
Pewnego sobotniego wieczoru tak się pokłócili, że mieszkający w
pobliżu sąsiedzi mieli darmowy spektakl. Wystarczyło nastawić uszu i
posłuchać „mowy ojczystej” Polaków. Darek wyprowadził się, znalazł
pokój. Przez pół roku nie odzywał się jednak do siostry. Teraz musi, bo
pracują razem. Jednak po jego minie widać, że nie jest zadowolony z
tego faktu.
A ty szwagier, wynocha!
Na jego miejsce wprowadził się brat jej narzeczonego – Mirek, czyli
szwagier Agaty. Zawsze pogodny, miły i serdeczny zaczął nagle wadzić
kobiecie. – Mirek siedział do późna i włączał prąd albo kąpał się
trzy razy dziennie. Ileż można? Nie dość, że załatwiłam mu pracę i
dałam szansę na dorobienie się, to tak mi odpłacał –mówi dziewczyna.
Kłócili się coraz częściej. Brat Mirka nie wtrącał się. Kiedy tylko
słyszał podniesiony głos żony, brał piwo i wychodził przed dom. – Tam
przynajmniej miałem chwilę spokoju. Z drugiej jednak strony bez przerwy
do moich uszu docierały przekleństwa. W pewnym momencie pomyślałem
nawet, że pozabijają się nawzajem, dlatego wszedłem, by przerwać tę
wojnę. Od tego czasu Mirek już z nami nie mieszka – mówi z żalem w głosie Marcin.
Za zaistniałą sytuację wini obydwie strony konfliktu. Mirek ma jednak inne zdanie. – Z
Darkiem zrobiła to samo, co ze mną. W Polsce klepała biedę, tutaj
zarobiła trochę grosza i zaczęła puszyć się jak paw. Nie na darmo
ludzie mówią, że pieniądze przewróciły jej w głowie – mówi.
To nasza prawdziwa twarz
Polski socjolog Jacek Małolepszy prowadzi od dwóch lat badania
opierające się na wzajemnych relacjach i stosunkach rodzinnych ludzi,
którzy wyjechali do pracy na obczyznę. Wnioski, które wyciągnął, mówią
same za siebie. – Człowieka można najlepiej poznać wtedy, gdy
dostanie do ręki sporą ilość pieniędzy. Jedni nadal pozostaną rodziną,
przyjaciółmi, znajomymi i nie zmienią się. Duży przypływ gotówki nie ma
dla nich żadnego znaczenia. Jednak zazwyczaj są to ludzie, którzy już
wcześniej żyli w dostatku. Jeśli natomiast ktoś żył w biedzie, albo
biedniej niż inni i „dorwie się” do pieniędzy, staje się nieobliczalny.
Zachowuje się jak zwierzę. Wychodzą z niego najgorsze instynkty – tłumaczy.
Jako przykład podaje jego znajomych, którzy kochali się nad życie do momentu, gdy ona dostała spadek. – Miłość
w biedzie, ale jednak miłość, została zastąpiona przedmiotami. Tyle, że
to miało miejsce w Polsce. Na obczyźnie jest tym trudniej, że
wszystkiego trzeba uczyć się od nowa. I jeśli tylko komuś uda się
odnaleźć w chaosie nowych przepisów i obostrzeń, uważa się za lepszego
od innych. Niszczy po kolei tych, którzy nie chcą mu się
podporządkować. Tak się dzieje zazwyczaj wśród ludzi wywodzących się z
najniższych warstw społecznych. To oni są zarzewiem takich konfliktów.
I nigdy nie wyciągają pierwsi ręki, nawet do własnej rodziny – kwituje socjolog.
Źródło: www.goniec.com
Zacytuj ten artykuł na Twojej stronie | E-mail
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść wpisów Wszystkie komentarze są wyłączną własnością ich autorów
|