two4date.co.uk
Nie takiego raju szukaliśmy? PDF Drukuj E-mail
Autor: Agnieszka Iżycka   
poniedziałek, 14 maj 2007

Image Do Wielkiej Brytanii przyjeżdżamy zazwyczaj z nadzieją na lepsze jutro, lżejszy los, na poprawę sytuacji, w której się znajdujemy. Nie zawsze jednak marzenia, którym dajemy się ponieść w ojczyźnie, mają szansę ziścić się poza granicami kraju.Przyczyn emigracji, dla których licznie opuszczamy kraj, rodzinę, najbliższych, można wyliczać bez liku.

Zazwyczaj wymieniamy motywy takie, jak nieudolność władz, chęć poznania nowej kultury, ludzi, zjawisk, a także nauka języka angielskiego.

Pierwsze myśli, które towarzyszą nam kiedy decyd

ujemy się na wyjazd z kraju, są pozytywne. Liczymy na powodzenie, poprawę sytuacji finansowej, biegłe władanie językiem obcym, poznanie nowych przyjaciół. Tym bardziej, że tak licznie nagłaśniane w Polsce przypadki osób, którym się tutaj powiodło sprawiły, że raczej rzadko pamiętamy, że są i tacy, którzy mają mniej szczęścia.

Pan Marcin . przyjechał do Wielkiej Brytanii własnym samochodem, ktorego dorobił się w Polsce podczas pracy jako przedstawiciel handlowy w firmie handlującej marmurami. Często podróżował do Włoch w sprawach służbowych, a przy tym nawiązywał kontakty z klientami. Korzystając z tego, że mieszkał w nadmorskiej miejscowości i miał wrodzony talent do handlu, podnajmował kilka straganów na plażowych bazarach. W okresie sezonu letniego zatrudniał nawet do 10 osób. Niestety jego interes, w dużej mierze był uzależniony od napływu zarówno turystów, jak też letniej pogody. Podczas ostatnich lat przed wyjazdem na Wyspy biznes zaczął podupadać. Zbankrutowała też firma handlująca marmurami, a pan Marcin stracił pracę.

Mimo nieznajomości angielskiego postanowił przyjechać do Glasgow. Wynajął pokój i udał się na poszukiwania pracy, którą znalazł w pobliskiej fabryce. Przy pomocy znajomego w krótkim czasie stał się posiadaczem własnego konta w banku i numeru ubezpieczenia. Załatwił też wszystkie niezbędne formalności. Pracował w systemie zmianowym. Jednak nie to było największym problemem.

- Ludzie, z którymi pracowałem na zmianie traktowali fabrykę jak rozrywkę. Gdy starałem się o nadgodziny byłem traktowany jak wróg. Nie nawiązałem żadnych przyjaźni, a język, którym do mnie mówiono był na tyle trudny, że nawet nie podjąłem próby jego zrozumienia. Po upływie kilku miesięcy dowiedziałem się, że mimo, iż pracuję najlepiej i najwięcej, to moja płaca jest najniższa - opowiada pan Marcin

Oprócz problemów w pracy, pan Marcin nie radził sobie także z tęsknotą za domem. W międzyczasie musiał też sprzedać auto, aby pokryć długi zaciągnięte na poczet wyjazdu do Glasgow.

- Doprowadziło to do tego, że nie czułem satysfakcji płynącej z życia na obczyźnie. Praktycznie nie odkładałem pieniędzy, bo pracowałem za najniższą stawkę. Kiedy podjąłem dodatkową pracę, musiałem zapłacić większy podatek, co mnie zupełnie załamało - opowiada. Mężczyzna, wszystkie zarobione pieniądze wydawał na życie. Bilet powrotny do Polski kupiła mu siostra, która została w kraju.

- Nie palę, nie piję, a mimo to wydatki, które miałem sprawiły, że po roku czasu zauważyłem, że w Glasgow nie ma dla mnie perspektyw i postanowiłem wrócić do Polski. Przestałem jednocześnie wierzyć w zapewnienia znajomych oraz te, które pojawiały się w mediach. Stworzyłem sobie własny obraz emigranta, którym byłem - podsumowuje.

Wyjazd nie powiódł się także pani Ani, która zaufała znajomym mieszkającym w Birmingham. 21 letnia kobieta bez doświadczenia w jakiejkolwiek pracy w kraju, z nieznajomością języka, postanowiła udać się w poszukiwaniu lepszego jutra na Wyspy. Pierwszą pracę podjęła u hinduskiego własciciela agencji pracy przy zbiorach owoców. Oczywiście na ,,czarno", więc zarobki były niezadowalające. Mijały miesiące, a pani Anna regularnie płaciła za wynajmowany pokój w mieszkaniu znajomych i pracowała po kilkanaście godzin dziennie. Kobieta nie miała także dostępu do mediów, internetu, a nieznajomość języka przygnębiała ją jeszcze bardziej.

- Byłam praktycznie sama. Kiedy prosiłam koleżankę o jakąkolwiek pomoc, odwracała się plecami twierdząc, że już i tak wiele dla mnie zrobiła. Pewnego dnia poprosiłam ją o wyjaśnienie czym jest NIN i WRS? Oburzenie, które wyraziła dało mi jasno do zrozumienia, że tego typu tematy nie powinny mnie intersować. Nieświadoma sytuacji, w której się znajdowałam sprawiła, że blisko rok byłam najniżej opłacanym pracownikiem w U.K. Zarabiałam 1.80 funta na godzinę - opowiada Ania.

Życie utrudniał jej także brak konta. Nie mogła zmienić mieszkania, bo bez listu od pracodawcy czy z banku nikt nie chciał jej wynająć pokoju. Po upływie dwóch lat, dziewczyna odkryła , że jest oszukiwana. Za dom, który dzieliła z 10 innymi osobami musi płaciła aż 1/3 całej sumy, podczas gdy inni, którym ufała, mieszkali za darmo.

- Z perspektywy czasu żałuję, że nie podjęłam proby ratowania własnego losu w Birmingham. Pewnego dnia po prostu wykonałam telefon do rodziców, ktorych nie widziałam 2 lata i oznajmiłam, że wracam do Polski. Jak mam być nikim, to we własnej ojczyźnie - mówi ze smutkiem.

Mało optymistyczna jest także historia pani Ewy, która wraz z mężem Zbigniewem przyjechała do Bristolu w marcu 2006 roku. W kraju pozostawili dwójkę dzieci, którymi opiekowali się dziadkowie. Małżeństwo planowało szybko zarobić pewną sumę, która pozwoliłaby na kupno samodzielnego mieszkania.

- Pracowaliśmy w jednej z fabryk. Atmosfera była dobra, a ludzie bardzo uczynni. Niestety po miesiącu, mąż poważnie zachorował i nie był w stanie wykonywać pracy po osiem godzin dziennie -opowiada kobieta.

Ponieważ małżeństwo było zatrudnione za minimalną stawkę, po opłaceniu wynajmowanego pokoju i jedzenia oraz wysłaniu raz w miesiącu kilkuset funtów do Polski, na odłożenie nie zostawało zbyt wiele. Owszem pewną sumę udało im się uzbierać, ale pozwoliła ona jedynie na spłacenie kredytu zaciągniętego w Polsce.

- W Bristolu byliśmy zdani jedynie na siebie. Praca nie była zła, ale w czasie wakacji do naszej fabryki napłynęło mnóstwo podań od polskich studentów szukających pracy. Manager, zachwycony napływem nowej siły roboczej zatrudniał ich na krótki okres, odbierając nam nadgodziny, a tym samym dochody. Szukałam pracy w innych miejscach, wysyłałam setki podań do róznych firm, ale bez odzewu - opowiada pani Ewa.

Nie to jednak zmusiło ich do powrotu. Pewnego dnia ich 10-letnia córka napisała sms-a: ,,Mamo, tato wracajcie! Jeżeli nie wrócicie w ciągu miesiąca to zabiję się!"

Decyzja Ewy i Zbigniewa była natychmiastowa.

- Ustaliliśmy, że kupujemy bilety powrotne i kończymy przygodę z Anglią - mówią.

Po upływie kilku tygodni od ich powrotu najstarsza córka stwierdziła, że czuje się patriotką. W Polsce ma swoich przyjaciół, szkołę, nauczycieli, gdyby rodzice kazali jej wyjechać do Anglii byłaby to dla niej najgorsza krzywda.

- Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że miejsce każdego jest tam, gdzie jego serce, a moje jest w Polsce przy dzieciach, rodzinie... Poza tym nie czułam się w Anglii dowartościowana. Tęskniłam za przedszkolem, w ktorym pracowałam. Za tym z czym się zmagałam w Polsce każdego dnia. Teraz wiem, że kolejnej próby wyjazdu już nie będzie - kończy pani Ewa.

Jerzy to 40-letni mężczyzna, ojciec trójki dzieci i głowa rodziny, z zawodu budowlaniec. W Polsce prowadził własną działalność. Postanowił szukać szczęścia zagranicą, gdy natknął się na ogłoszenie "poszukujemy budowlańców do pracy w Londynie". Zadzwonił. Uwierzył rozmówcy, że pomoże mu we wszelkich formalnościach oraz w to, że zarobi kilka razy więcej niż w kraju. W ciągu kilku tygodni pan Jerzy pojawił się w Londynie. Odebrał go mężczyzna, który miał z nim pracować na jedenej z budów.

- Owszem praca była, ale za znacznie niższą pensję, niż ta obiecana przez telefon. Okazało się bowiem, że nie mam tzw. tax code i dlatego jest mi odtrącany wysoki podatek. Pracowałem kilkadziesiąt godzin na tydzień, mimo zimna i deszczu. Kontrakt budowy miał trwać kilka miesięcy, a tymczasem po upływie siedmiu tygodni zadzwonił pewien Polak i oznajmił mi, że od jutra nie mam pracy - relacjonuje mężczyzna.

Nie usłyszał żadnych słów wyjaśnienia. Ponieważ mężczyzna wysyłał pieniądze do Polski, gdy stracił zajęcie nie miał z czego opłacić mieszkania, telefonu i jedzenia. Wrócił do Polski w przeciągu kilku następnych dni.

- Pracę w Londynie zaliczam do porażek życiowych, ale traktuję ją też jako naukę na przyszłość - konkluduje.

Podobnych sytuacji jak te przedstawione, można wyliczać bez liku. Czy nie jest zatem tak, że zaślepieni ,,edenem", który czeka na nas obczyźnie, podejmujemy wędrówkę w gorsze jutro? Emigracja nie jest łatwym zjawiskiem. To walka z codziennością, próba przetrwania, zmagania z własnym ego...Czy każdy ma więc szansę być emigrantem z powodzeniem?

Źródło: www.goniec.com


Zacytuj ten artykuł na Twojej stronie | E-mail

Komentarz (3)
1. Napisał(a) bicz na temat 22-05-2007 00:44 - Zarejestrowany - IP: 172.159.248.183
 
 
Kolejny wesoły artykuł na temat Polaków na obczyźnie. Większość tych historii ma te same źródła: nieznajomość własnych praw i nieznajomość angielskiego. 
 
Po pierwsze primo. Od 2004 roku trzeba naprawdę bardzo mocno chcieć, żeby pracować tu nielegalnie. 
 
Po drugie primo - ka$a. 5,35 to minimum (4,45 jak masz 18-21 lat i 3,30 jeśli mniej niż 18). Takie coś wypadałoby wiedzieć! W Polsce też jest coś takiego jak minimalna płaca. Nic dziwnego, że cię robią w trąbkę skoro nie wiesz ile ci się należy. Gdzie się masz tego dowiedzieć (i kilku innych przydatnych rzeczy) - urząd pracy. Nie znasz angielskiego? Weź znajomego. Nie masz znajomego. Dzwoń do konsulatu, powinni ci pomóc. Nie masz numeru. Trzeba było o tym pomyśleć zanim tu przyjechałeś. Ale jeśli jesteś farciarz i zajrzałeś na tę stronkę to numer jest 0870 7742 800 oraz 0207 2913 900. Jak mieszkasz w Londynie to konsulat jest na 73 New Cavendish Street. 
 
Kolejna rzecz - angielski. Ludzie, którzy tu przyjeżdżają i nie znają ani słowa po angielsku sami się proszą żeby ich wykorzystać. I nie chodzi tu o to żeby czytać Szekspira tylko żeby znać podstawowe zwroty chociaż. Co innego szwędać się pół dnia po mieście bo się nie wie jak zapytać o ulicę, a co innego kiedy zdarzy się coś naprawdę nieciekawego, jak na przykład ktoś ci buchnie dokumenty. 
 
 
Najbardziej z tej całej historii rozbraja mnie "pan Marcin", który z opisu wynika, że był dość obrotny, a kiedy przyjechał do Anglii stał się dupa. Żeby nie dało się odłożyć w Glasgow? Glasgow to nie Londyn. Przy minimalnej stawce pracując na pełny etat dostaje się 730 funtow. 230 na mieszkanie, 100 na jedzenie i zostaje 400. Na co szło te 400??? Bo nie na wino z tego co tam piszą. I ciekawi mnie jeszcze jak się pan Marcin porozumiewał z Włochami, chyba nie po polsku? Skoro się nauczył włoskiego to czemu nie mógł angielskiego? 
 
Pani Ewa i pan Zbigniew to też niezła parka. "[po] wysłaniu raz w miesiącu kilkuset funtów do Polski, na odłożenie nie zostawało zbyt wiele. Owszem pewną sumę udało im się uzbierać, ale pozwoliła ona jedynie na spłacenie kredytu zaciągniętego w Polsce." hej! Coś tu nie gra. Wysyłali kilka setek do Polski i się dziwili, że nic im nie zostawało??? A z tego "nic" spłacili kredyt zaciągnięty w Polsce he he he... No to rzeczywiście, nic tylko współczuć :D 
 
Z harcerskim pozdrowieniem, 
bicz :zzz
 
2. Napisał(a) Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć na temat 17-08-2007 16:56 - Gość - IP: 86.155.9.194
 
 
jestem tu trzy lata i na poczatku spalem pod mostem bo nie mialem znajomych ale patrzac po przykladzie ani moze to dobrze i do polski niemam zamiaru wracac bo tu jest mi dobrze kupilem dom 
mam dwa auta aha i tez nie znalem jezyka , takze nie ma co sie rozczulac nad soba tylko zakasac rekawy i ruszyc rozleniwione szare komork
 
3. Napisał(a) jajoman9 na temat 28-08-2007 17:55 - Zarejestrowany - IP: 83.16.35.58
 
 
ale jaja ja jade do scounthorpe 30.09 2007 nie znam jezyka mam tam kolege z mieszkaniem i napewno bede jezdzil tam ciezarowka :cry
 

Dodaj swoją opinię !
  • Zanim klikniesz 'Wyślij', upewnij się że poprawnie wpisałeś kod antyspamowy.
  • W innym przypadku nie będziesz mógł wysłać wiadomości.
Imię:
E-mail
Tytuł:
BBCode:Web AddressEmail AddressBold TextItalic TextUnderlined TextQuoteCodeOpen ListList ItemClose List
Komentarz:



Kod:* Code
Powiadom mnie o komenatrzach

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść wpisów
Wszystkie komentarze są wyłączną własnością ich autorów

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
NO FILE
PageRank tego serwisu
Polskie randki w UK.Randki dla Polaków w Anglii.Fotki.Flirt.Czat.Filmikipolskie testy na angielskie prawo jazdy w anglii, prawko w uk, testy na prawko po polskupolskie testy na angielskie prawo jazdy w anglii, prawko w uk, testy na angielskie prawko po polsku