|
Do Wielkiej Brytanii przyjeżdżamy zazwyczaj z nadzieją na
lepsze jutro, lżejszy los, na poprawę sytuacji, w której się
znajdujemy. Nie zawsze jednak marzenia, którym dajemy się ponieść w
ojczyźnie, mają szansę ziścić się poza granicami kraju.Przyczyn
emigracji, dla których licznie opuszczamy kraj, rodzinę,
najbliższych, można wyliczać bez liku.
Zazwyczaj wymieniamy motywy
takie, jak nieudolność władz, chęć poznania nowej kultury, ludzi,
zjawisk, a także nauka języka angielskiego.
Pierwsze myśli, które towarzyszą nam kiedy decyd
ujemy się na wyjazd z kraju, są pozytywne. Liczymy na
powodzenie, poprawę sytuacji finansowej, biegłe władanie językiem
obcym, poznanie nowych przyjaciół. Tym bardziej, że tak licznie
nagłaśniane w Polsce przypadki osób, którym się tutaj powiodło
sprawiły, że raczej rzadko pamiętamy, że są i tacy, którzy mają mniej
szczęścia.
Pan Marcin . przyjechał do Wielkiej Brytanii własnym
samochodem, ktorego dorobił się w Polsce podczas pracy jako
przedstawiciel handlowy w firmie handlującej marmurami. Często
podróżował do Włoch w sprawach służbowych, a przy tym nawiązywał
kontakty z klientami. Korzystając z tego, że mieszkał w nadmorskiej
miejscowości i miał wrodzony talent do handlu, podnajmował kilka
straganów na plażowych bazarach. W okresie sezonu letniego zatrudniał
nawet do 10 osób. Niestety jego interes, w dużej mierze był uzależniony
od napływu zarówno turystów, jak też letniej pogody. Podczas ostatnich
lat przed wyjazdem na Wyspy biznes zaczął podupadać. Zbankrutowała też
firma handlująca marmurami, a pan Marcin stracił pracę.
Mimo nieznajomości angielskiego postanowił przyjechać do
Glasgow. Wynajął pokój i udał się na poszukiwania pracy, którą znalazł
w pobliskiej fabryce. Przy pomocy znajomego w krótkim czasie stał się
posiadaczem własnego konta w banku i numeru ubezpieczenia. Załatwił też
wszystkie niezbędne formalności. Pracował w systemie zmianowym. Jednak
nie to było największym problemem.
- Ludzie, z którymi pracowałem na zmianie traktowali
fabrykę jak rozrywkę. Gdy starałem się o nadgodziny byłem traktowany
jak wróg. Nie nawiązałem żadnych przyjaźni, a język, którym do mnie
mówiono był na tyle trudny, że nawet nie podjąłem próby jego
zrozumienia. Po upływie kilku miesięcy dowiedziałem się, że mimo, iż
pracuję najlepiej i najwięcej, to moja płaca jest najniższa - opowiada pan Marcin
Oprócz problemów w pracy, pan Marcin nie radził sobie także z
tęsknotą za domem. W międzyczasie musiał też sprzedać auto, aby pokryć
długi zaciągnięte na poczet wyjazdu do Glasgow.
- Doprowadziło to do tego, że nie czułem
satysfakcji płynącej z życia na obczyźnie. Praktycznie nie odkładałem
pieniędzy, bo pracowałem za najniższą stawkę. Kiedy podjąłem dodatkową
pracę, musiałem zapłacić większy podatek, co mnie zupełnie załamało
- opowiada. Mężczyzna, wszystkie zarobione pieniądze wydawał na życie.
Bilet powrotny do Polski kupiła mu siostra, która została w kraju.
- Nie palę, nie piję, a mimo to wydatki, które
miałem sprawiły, że po roku czasu zauważyłem, że w Glasgow nie ma dla
mnie perspektyw i postanowiłem wrócić do Polski. Przestałem
jednocześnie wierzyć w zapewnienia znajomych oraz te, które pojawiały
się w mediach. Stworzyłem sobie własny obraz emigranta, którym byłem - podsumowuje.
Wyjazd nie powiódł się także pani Ani, która zaufała znajomym
mieszkającym w Birmingham. 21 letnia kobieta bez doświadczenia w
jakiejkolwiek pracy w kraju, z nieznajomością języka, postanowiła udać
się w poszukiwaniu lepszego jutra na Wyspy. Pierwszą pracę podjęła u
hinduskiego własciciela agencji pracy przy zbiorach owoców. Oczywiście
na ,,czarno", więc zarobki były niezadowalające. Mijały miesiące, a
pani Anna regularnie płaciła za wynajmowany pokój w mieszkaniu
znajomych i pracowała po kilkanaście godzin dziennie. Kobieta nie miała
także dostępu do mediów, internetu, a nieznajomość języka przygnębiała
ją jeszcze bardziej.
- Byłam praktycznie sama. Kiedy prosiłam koleżankę
o jakąkolwiek pomoc, odwracała się plecami twierdząc, że już i tak
wiele dla mnie zrobiła. Pewnego dnia poprosiłam ją o wyjaśnienie czym
jest NIN i WRS? Oburzenie, które wyraziła dało mi jasno do zrozumienia,
że tego typu tematy nie powinny mnie intersować. Nieświadoma sytuacji,
w której się znajdowałam sprawiła, że blisko rok byłam najniżej
opłacanym pracownikiem w U.K. Zarabiałam 1.80 funta na godzinę - opowiada Ania.
Życie utrudniał jej także brak konta. Nie mogła zmienić
mieszkania, bo bez listu od pracodawcy czy z banku nikt nie chciał jej
wynająć pokoju. Po upływie dwóch lat, dziewczyna odkryła , że jest
oszukiwana. Za dom, który dzieliła z 10 innymi osobami musi płaciła aż
1/3 całej sumy, podczas gdy inni, którym ufała, mieszkali za darmo.
- Z perspektywy czasu żałuję, że nie podjęłam
proby ratowania własnego losu w Birmingham. Pewnego dnia po prostu
wykonałam telefon do rodziców, ktorych nie widziałam 2 lata i
oznajmiłam, że wracam do Polski. Jak mam być nikim, to we własnej
ojczyźnie - mówi ze smutkiem.
Mało optymistyczna jest także historia pani Ewy, która wraz z
mężem Zbigniewem przyjechała do Bristolu w marcu 2006 roku. W kraju
pozostawili dwójkę dzieci, którymi opiekowali się dziadkowie.
Małżeństwo planowało szybko zarobić pewną sumę, która pozwoliłaby na
kupno samodzielnego mieszkania.
- Pracowaliśmy w jednej z fabryk. Atmosfera była
dobra, a ludzie bardzo uczynni. Niestety po miesiącu, mąż poważnie
zachorował i nie był w stanie wykonywać pracy po osiem godzin dziennie -opowiada kobieta.
Ponieważ małżeństwo było zatrudnione za minimalną stawkę, po
opłaceniu wynajmowanego pokoju i jedzenia oraz wysłaniu raz w miesiącu
kilkuset funtów do Polski, na odłożenie nie zostawało zbyt wiele.
Owszem pewną sumę udało im się uzbierać, ale pozwoliła ona jedynie na
spłacenie kredytu zaciągniętego w Polsce.
- W Bristolu byliśmy zdani jedynie na
siebie. Praca nie była zła, ale w czasie wakacji do naszej fabryki
napłynęło mnóstwo podań od polskich studentów szukających pracy.
Manager, zachwycony napływem nowej siły roboczej zatrudniał ich na
krótki okres, odbierając nam nadgodziny, a tym samym dochody. Szukałam
pracy w innych miejscach, wysyłałam setki podań do róznych firm, ale
bez odzewu - opowiada pani Ewa.
Nie to jednak zmusiło ich do powrotu. Pewnego dnia ich
10-letnia córka napisała sms-a: ,,Mamo, tato wracajcie! Jeżeli nie
wrócicie w ciągu miesiąca to zabiję się!"
Decyzja Ewy i Zbigniewa była natychmiastowa.
- Ustaliliśmy, że kupujemy bilety powrotne i kończymy przygodę z Anglią - mówią.
Po upływie kilku tygodni od ich powrotu najstarsza córka
stwierdziła, że czuje się patriotką. W Polsce ma swoich przyjaciół,
szkołę, nauczycieli, gdyby rodzice kazali jej wyjechać do Anglii byłaby
to dla niej najgorsza krzywda.
- Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że
miejsce każdego jest tam, gdzie jego serce, a moje jest w Polsce przy
dzieciach, rodzinie... Poza tym nie czułam się w Anglii
dowartościowana. Tęskniłam za przedszkolem, w ktorym pracowałam. Za tym
z czym się zmagałam w Polsce każdego dnia. Teraz wiem, że kolejnej
próby wyjazdu już nie będzie - kończy pani Ewa.
Jerzy to 40-letni mężczyzna, ojciec trójki dzieci i głowa
rodziny, z zawodu budowlaniec. W Polsce prowadził własną działalność.
Postanowił szukać szczęścia zagranicą, gdy natknął się na ogłoszenie
"poszukujemy budowlańców do pracy w Londynie". Zadzwonił. Uwierzył
rozmówcy, że pomoże mu we wszelkich formalnościach oraz w to, że zarobi
kilka razy więcej niż w kraju. W ciągu kilku tygodni pan Jerzy pojawił
się w Londynie. Odebrał go mężczyzna, który miał z nim pracować na
jedenej z budów.
- Owszem praca była, ale za znacznie
niższą pensję, niż ta obiecana przez telefon. Okazało się bowiem, że
nie mam tzw. tax code i dlatego jest mi odtrącany wysoki podatek.
Pracowałem kilkadziesiąt godzin na tydzień, mimo zimna i deszczu.
Kontrakt budowy miał trwać kilka miesięcy, a tymczasem po upływie
siedmiu tygodni zadzwonił pewien Polak i oznajmił mi, że od jutra nie
mam pracy - relacjonuje mężczyzna.
Nie usłyszał żadnych słów wyjaśnienia. Ponieważ mężczyzna
wysyłał pieniądze do Polski, gdy stracił zajęcie nie miał z czego
opłacić mieszkania, telefonu i jedzenia. Wrócił do Polski w przeciągu
kilku następnych dni.
- Pracę w Londynie zaliczam do porażek życiowych, ale traktuję ją też jako naukę na przyszłość - konkluduje.
Podobnych sytuacji jak te przedstawione, można wyliczać bez
liku. Czy nie jest zatem tak, że zaślepieni ,,edenem", który czeka na
nas obczyźnie, podejmujemy wędrówkę w gorsze jutro? Emigracja nie jest
łatwym zjawiskiem. To walka z codziennością, próba przetrwania,
zmagania z własnym ego...Czy każdy ma więc szansę być emigrantem z
powodzeniem?
Źródło: www.goniec.com
Zacytuj ten artykuł na Twojej stronie | E-mail
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść wpisów Wszystkie komentarze są wyłączną własnością ich autorów
|