W Wielkiej Brytanii jest wiele pracy... jeśli chce się pracować. Tak na prawdę jest ona na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko chcieć. Anglicy
jednak
zamiast
kariery
wolą
zasiłek. "News of the World" udowodnił – wysyłając w teren grupę
współpracowników obojga płci, których zadaniem było zbadanie jakie
zatrudnienie mogą znaleźć jednego dnia...
Udało im się udowodnić że pracy jest BARDZO DUŻO.
Przekonaliśmy się też, że jest bardzo łatwo zarobić na skromne
utrzymanie podejmując pierwsze oferowane zajęcie – przy przygotowywaniu
kanapek.
To było w Southampton. Ale szukaliśmy też pracy w Londynie, Liverpoolu,
Newcastle, Leeds, Glasgow, Brimingham i Manchesterze. Znaleźliśmy pracę
w barach, restauracjach, sklepach, biurach, drukarniach i na budowach –
bez żadnego problemu.
Szefowie gotowi zatrudnić naszych wysłanników mówili, że wolne miejsca
pracy jakie mają interesują jedynie imigrantów – zazwyczaj z Europy
Wschodniej – lub studentów w ciężkiej sytuacji finansowej. Brytyjczycy
żyjący z zasiłków nie zwracają na nie uwagi.
I nie ma się czemu dziwić. Minimalna praca za tydzień ciężkiej harówki wynosi 180 funtów, po odliczeniu podatku.
Jednak, jak wykazał niedawno nasz komentator polityczny Fraser Nelson,
bezrobotni ubiegający się o cały szereg zasiłków – w tym kredyty na
domy i ulgi podatkowe – mogą zarobić około 220 funtów.
W Merthyr Tidfil aż 30,2 proc. mieszkańców jest bezrobotnych, tzn.
otrzymują zasiłki i nie mają pełnoetatowej pracy. Jednak już po dwóch
minutach w Meridian Business Support, największej miejscowej agencji
pośrednictwa pracy w tym mieście w południowej Walii, naszemu
reporterowi zaoferowano pracę w miejscowej fabryce czekoladek za
wynagrodzeniem 5,35 funta za godzinę, co równa się minimalnej pracy
krajowej.
Kierowniczka miejscowego biura Meridian Caroline Vereker, która
dysponuje 200 wolnymi miejscami pracy, mówi: – W Merthyr zbyt wielu
ludzi jest zadowolonych z tego, że siedzą w domu i żyją z zasiłku
zamiast podjąć dostępną pracę.
Po ośmiu godzinach od przybycia do Southampton nasz dziennikarz znalazł
pięć stanowisk pracy – przy przygotowywaniu kanapek, pomocnika
sprzedawcy w sklepie, pracownika działu promocji, barmana i pomocnika
artysty robiącego tatuaże. (...)
Podobnie było w Londynie, gdzie w niektórych rejonach jest
20-procentowe bezrobocie. Nasz wysłannik znalazł trzy stanowiska pracy
w kilka godzin. To wyjaśnia dlaczego w stolicy jest obecnie
niewiarygodna liczba 235 tys. pracujących imigrantów.
Po kilku minutach od przybycia do centrum Londynu, zaproponowano mu
pracę w Henry Holland Pub w Marylebone, w charakterze pomocnika
kuchennego, za 5,50 funta za godzinę.
W niecałe dwie godziny później, w mieszczącej się w Notting Hill
restauracji Luna Rossa, kierownik Francisco Perez szybko zaoferował mu
robotę barmana i kelnera. Tu również wynagrodzenie wynosiło 5,50 funta
za godzinę, ale plus napiwki. Jak powiedział Francisco: – To jest
ciężka praca. A ja myślę, że Brytyjczycy chcą łatwego życia.
Wreszcie nasz reporter trafił do Chelsea, gdzie mógł zatrudnić się za minimalną stawkę jako sprzedawca w sklepie z rowerami.
W Liverpoolu, gdzie bezrobocie wynosi 26 proc., naszemu wysłannikowi
oferowano trzy miejsca pracy, w tym jedno u bukmachera. Chris
Sunderland, kierownik działu rekrutacji w BetFred, powiedział, że
kasjer zarabia na początek 5,35 funta za godzinę, ale później wzrost
wynagrodzenia nie jest niczym ograniczony. – Zaczynałem jako kasjer, bo
boss chce, aby cały personel poznawał biznes od najniższego szczebla –
opowiada Sunderland.
W Manchesterze, gdzie 1/5 mieszkańców jest bez pracy, naszej reporterce
zaproponowano zatrudnienie już po kilku minutach od wejścia do Gentry
Grooming Company. Zaczynając od mycia włosów za minimalną stawkę, mogła
za 3-4 lata zostać dobrze zarabiającą stylistką.
Następnie oferowano jej pracę sprzątaczki. Wkrótce potem w modnym barze
TV21, za 6 funtów za godzinę. Nieźle jak na miasto, w którym 1/5 ludzi
nie ma pracy w pełnym wymiarze godzin.
W Glasgow nasza reporterka po zaledwie 20 minutach dostała pracę za
5,50 funta za godzinę w dziale sprzedaży jednego ze sklepów z odzieżą
sportową sieci JD Sports. – Mamy ogłoszenie w oknie już od tygodni –
mówi kierownik sklepu Jules Terriaca.
W Birmingham, gdzie jest podobny wskaźnik bezrobocia, szybko zaoferowano nam dwie posady – urzędnika w biurze i robotnika.
Po kilku godzinach w Leeds zdołaliśmy uzyskać trzy oferty: kierowcy
dostawczej ciężarówki, sprzedawcy w sklepie i pracownika pizzerii.
W Newcastle – 18 procentowe bezrobocie – dostaliśmy dwie propozycje
pracy: pomocnika sprzedawcy i kelnera. Wszystko to świadczy, że w
Wielkiej Brytanii jest wiele pracy... jeśli chce się pracować.
za: onet.eu
|