Panowie kilkanaście lat temu mieli podzielić się władzą – Blair miał zostać liderem Partii Pracy i premierem Wielkiej Brytanii, ale nie wtrącać się w kwestie gospodarcze i ekonomiczne, za które w pełni odpowiadać miał Brown. Jednak ich częste spory zawsze stawały się ważnym tematem dla mediów, a kolejne napięcia między dwoma najważniejszymi osobami w rządzie były źródłem niepokoju analityków, którzy spodziewali się rozłamu w partii i galimatiasu na najwyższych szczeblach władzy. Po ogłoszeniu swojej przyszłej rezygnacji, Blair zmienił jednak ton swoich wypowiedzi na temat Browna w sposób zasadniczy. Przestał wytykać jego wielką determinację i zawłaszczanie decyzji dla samego siebie, a zaczął chwalić go jako swojego godnego następcę, w którym zawsze miał pokładać duże zaufanie. Prywatnie są sąsiadami na Downing Street. Są, a raczej byli – obu czeka bowiem przeprowadzka. Tony Blair będzie musiał przenieść się z rządowego mieszkania przy 10 Downing Street, które od niepamiętnych czasów przysługuje premierowi Wielkiej Brytanii. Jego miejsce zajmie Gordon Brown. W zeszłą środę królowa poprosiła go o kierowanie pracami rządu.
Nowy image
Niniejszym zmiana na stanowisku premiera stała się faktem. Jeszcze kilka miesięcy temu z prawdopodobnym odejściem Blaira wiązały się liczne obawy. Sam Brown zbierał nie najlepsze recenzje od analityków i komentatorów. Wszystko zmieniło się, gdy kanclerz oficjalnie ogłosił swoją kandydaturę na fotel przewodniczącego Partii Pracy, a co za tym idzie – na stanowisko premiera Wielkiej Brytanii. Wykreowany w ciągu ostatnich miesięcy wizerunek Browna zasadniczo różni się od tego, jaki mieliśmy okazję obserwować wcześniej. Brown przestał wreszcie być szarą eminencją rządu Blaira i straszakiem dla przeciwników premiera – okazał się być rzeczowym mówcą, otwartym na nowe idee i pomysły, zapewniającym jednak kontynuację polityki swojego poprzednika, a nie całkowity odwrót od dotychczasowej polityki laburzystów, która w końcu przyniosła państwu i jego obywatelom wiele pozytywnych zmian. Jednak pytanie o to, czego można się spodziewać po nowym premierze, wciąż wisi w powietrzu.
Odważny krok
Brown zapowiadał otwarcie, że po objęciu władzy będzie dążył do poszerzenia składu rządu o polityków spoza własnego ugrupowania, ludzi, którzy będą w stanie wnieść coś nowego do brytyjskiej rzeczywistości, zaangażują się szczerze i z poświęceniem w swoją działalność. Nikt nie spodziewał się jednak kroku, na jaki ostatecznie się zdecydował. Na tydzień przed rezygnacją Blaira, Brown złożył propozycję współpracy w rządzie liderom liberalnych demokratów. Wywołał tym samym prawdziwą polityczną burzę – dotychczas nikt nie myślał nawet o współpracy między dwoma tak różnymi ugrupowaniami, a laburzystom dużo bliżej choćby pod względem programu i zaplecza politycznego było do konserwatystów. Taki krok świadczy jednak o dużej odwadze Browna, który nie zamierza bynajmniej w sposób ślepy naśladować swojego poprzednika. O ile można się spodziewać, że w wielu kwestiach będzie kontynuatorem jego osiągnięć, o tyle można też z całą pewnością stwierdzić, że liczne aspekty jego działalności zmienią kurs wytyczony przez Tony’ego Blaira.
Co z tą wojną?
Tak będzie z całą pewnością w kwestii polityki zagranicznej. Blair zostawia po sobie wiele nieuporządkowanych kwestii w tej dziedzinie. Z jednej strony jest to silne i bliskie partnerstwo ze Stanami Zjednoczonymi, z drugiej jednak – wiążące się z tym napięte stosunki z państwami Bliskiego Wschodu. Od jakiegoś czasu narasta też napięcie między Brytanią a Rosją. Problemem jest miejsce zajmowane przez Albion w Unii Europejskiej – z jednej strony Zjednoczone Królestwo jest jednym z najbardziej wpływowych krajów Europy, z drugiej stara się zachować dystans do polityki integracyjnej wewnątrz Unii. Ostatni szczyt UE pomógł co prawda uporządkować pewne kwestie, a zręczne zabiegi Blaira wsparły go w potwierdzeniu ważnego miejsca Wielkiej Brytanii w Europie. Coraz większym problemem jest też zaangażowanie Wielkiej Brytanii w wojnę z terroryzmem, a retoryka używana dotychczas przez premiera Blaira wywoływała liczne sprzeciwy rozrośniętej społeczności muzułmańskiej żyjącej na wyspie. Brown przejmuje też rolę kierującego państwem w szczególnie ciekawym dla dyplomacji momencie. Po niedawnych wyborach prezydenckich we Francji i zmianie prezydenta w Izraelu, Brown jest kolejnym nowym liderem w tej części świata. W przyszłym roku odbędą się wybory prezydenckie w Rosji i Stanach Zjednoczonych, a więc dwóch najbardziej wpływowych organizmach politycznych na świecie. Jak wobec takich przetasowań zachowa się nowy brytyjski premier? Okazuje się, że niekoniecznie musi on doczekać tych zmian na stanowisku. Pierwszym krokiem po objęciu funkcji przewodniczącego Partii Pracy w zeszłą niedzielę (objęcie przewodnictwa rządzącej partii tradycyjnie oznacza w Wielkiej Brytanii przejęcie też funkcji premiera), było powołanie komitetu, który ma przygotować laburzystów do kolejnych wyborów. Powinny one odbyć się najpóźniej w roku 2010, wszystko wskazuje jednak na to, że Brown będzie chciał przyspieszenia tego terminu i rozpisze wybory na rok 2008. Nawet jeśli dojdzie do takiej sytuacji, przed Brownem jeden niezwykle twardy orzech do zgryzienia – wojna w Iraku i Afganistanie. Co prawda kanclerz zapowiedział, że nie zamierza wycofywać wojsk z tych krajów przed zapowiadanym wcześniej przez Blaira terminem, ogłosił jednak, że będzie korzystał z tej lekcji i naprawi błędy swojego poprzednika. Do dziś tajemnicą pozostaje, jak konkretnie zmiany te będą przebiegały.
Nie tylko finanse
Jedną z głównych obaw analityków politycznych, jest zbyt wielkie zaangażowanie Browna w politykę wewnętrzną kosztem rezygnacji z aktywnej działalności na arenie międzynarodowej. Sam nowy premier zapowiadał, że nie zamierza pozostawić bez uwagi takich problemów, jak kupowanie tytułów szlacheckich, które pozwalają jednocześnie na wejście na salony polityczne, problemy mieszkalnictwa, reforma służby zdrowia, która była też piętą achillesową Blaira, wprowadzanie dowodów osobistych czy wreszcie zakrojona na wielką skalę reforma konstytucyjna. Brown chciałby przekazania większych kompetencji parlamentowi, co wiązałoby się z ograniczeniem roli premiera i rządu. Parlament, a nie premier, miałby decydować o wszczynaniu wojny czy w ogóle jakiejkolwiek zbrojnej interwencji za granicą. Premier nie odsłania jednak jeszcze szczegółów swoich zamierzeń, a plotek na temat napisania konstytucji Wielkiej Brytanii, która miałaby uporządkować tutejszy system prawny, nie potwierdza – choć nie stara się też ich dementować. Istnieje uzasadniona obawa co do dalszej polityki finansowej, z której Brown z całą pewnością nie będzie chciał w pełni rezygnować. Z całą pewnością uwadze Browna nie ujdzie brytyjska oświata. Jeszcze jako kanclerz udowodnił, że nie są to problemy mu obce, krytykując uniwersytet w Oksfordzie za zbytnią i niewłaściwie rozumianą elitarność. W tym względzie czeka go szczególnie dużo pracy – zarówno dalsze zwiększanie miejsc na studiach i dostępu do nich także dla uboższych, jak i poprawa jakości nauczania w szkołach podstawowych i średnich, już teraz zajmują początkującego premiera. Ręce pełne roboty, wiele problemów, ale i mnóstwo dobrych chęci i wiele lat doświadczeń w polityce. Tak w skrócie przedstawia się najbliższy czas dla nowego premiera Wielkiej Brytanii.
Brown a sprawa polska
A czego po Brownie możemy spodziewać się my, imigranci? Nowy premier zapewne zmieni kilka szczegółów polityki Blaira w tej kwestii. Już teraz zapowiada, że zamiast wydawać pieniądze na wszechobecnych tłumaczy i ulotki informacyjne w obcych językach, będzie raczej promował naukę języka angielskiego. Brown podkreśla też często, że nowi przybysze w Wielkiej Brytanii powinni mieć dużo większą wiedzę związaną z jej kulturą. W toczącej się od jakiegoś czasu dyskusji na temat przyszłości polityki otwartości, tak silnie promowanej przez Blaira, Brown zajmuje stanowisko umiarkowane, wskazując na wiele korzyści, jakie przyniósł państwu napływ setek tysięcy imigrantów. Możemy więc spać spokojnie. Trudno się spodziewać, żeby Brown, sam Szkot, próbował wyrugować z angielskiej ziemi wszystkich, którzy nie określają samych siebie jako Brytyjczyków – a jest to w tej chwili niemal jedna trzecia wszystkich mieszkańców wyspy. Sami poddani królowej nie spodziewają się wielkiej rewolucji – dwie trzecie z nich uważają, że obecna zmiana na stanowisku premiera nie przyniesie radykalnych zmian w polityce. Chyba mają rację – mimo sporów, nieporozumień i kłótni, to Brown był najbliższym partnerem Blaira w dziesięcioletnich rządach Zjednoczonym Królestwem.